Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GOT7. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GOT7. Pokaż wszystkie posty

30.05.2015

'Nadzieja nie umiera. Nigdy' 1/3

Heyo~
Oto moje pierwsze (na tym blogu) rozdziałowe opowiadanie.
Tym razem z GOT7 ^^
Wiecie, że to opowiadanie nie miało ujrzeć światła dziennego? Misaki i Narica powiedziały, że się nadaje na bloga, no to wstawiam.
Mam nadzieję, że się Wam spodoba.
~Yuki


.
.
.
.


           W moim niedługim życiu wiele się działo. Było w nim wiele chwil radosnych, ale i dużo cierpienia. Moje życie można podzielić na trzy okresy, trzy ery. Dwie szczęścia, jedna rozpaczy. Do dziewiątego roku życia trwał pierwszy okres szczęścia. Potem nastąpiły dwa lata rozpaczy. A po tych dwóch latach rozpoczął się znów czas pełen szczęścia. Szczęścia, które trwa do teraz.
Wszystko jednak miało początek tuż przed dwuletnią rozpaczą.
To wtedy zaczęła się moja historia, moje cierpienia, moje smutki. Później moje przyjaźnie i radość. Moja miłość.

~~*~~

Było to zimą 2006 roku. Od około pięciu lat mieszkałam z mamą w Ameryce. Gdy miałam cztery lata przeprowadziłyśmy się tam z Polski. Mama zdecydowała o tym, gdy tata zostawił ją dla innej kobiety. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałam, nie byłam na niego zła, nie było mi smutno. Tęskniłam za nim, ale powoli zapominałam jego twarz, a teraz jedyne, co mi po nim zostało, to imię i pustka, która czasami zamienia się w gniew. On nie miał prawa zostawiać tak wspaniałej kobiety, jak moja matka. Ale wtedy to uczucie, ta wiedza były mi obce.
Od tamtej pory mieszkałam tylko z mamą. Nie miałam rodzeństwa. Jednak nie byłam samotna. W tym samym czasie moja przyjaciółka, razem ze swoją rodziną, wybierała się w te same rejony, co my. Byłyśmy więc wciąż sąsiadkami. W dodatku mieszkałyśmy w tym samym bloku. Często przychodziłyśmy do siebie. Gdy byłyśmy młodsze to ja przychodziłam do niej, bo u mnie w domu nie było nikogo – mama musiała pracować, gdy podrosłyśmy, chodziłyśmy do mnie, żeby nacieszyć się tylko własnym towarzystwem. Spotykałyśmy się także w szkole – chodziłyśmy do tej samej klasy. Angielskiego szybko się nauczyłyśmy, chodziłyśmy na dodatkowe lekcje z moją mamą – była nauczycielką angielskiego.
Gdy teraz o tym pomyślę, to wyjazd do USA był świetnym pomysłem, nie tylko mającym pomóc mamie zapomnieć o tacie, ale taż ze względu na edukację. Już wtedy mówiłam płynnie w dwóch językach. W szkole posługiwałam się angielskim, w domu i z Emilią – ową przyjaciółką z piętra niżej – po polsku.
To naprawdę był szczęśliwy okres.
Ale niestety się skończył.
To było w moje dziewiąte urodziny, 16 grudnia. Zaprosiłam Emi i jej rodzinę na małą imprezę. Ponieważ moja rodzina mieszkała w Polsce, a nie miałam zbyt wielu znajomych, oni byli najbliżej mnie. Oczywiście, najbliżej zaraz po mamie i Emi.
Za oknem gwiazdy skrzyły się na nocnym niebie, chociaż światła miasta skutecznie je przyćmiewały. Był wieczór, coś koło 19:00, mama właśnie wniosła do salonu tort z zapalonymi świeczkami, w kuchni piekł się kurczak. Mama postawiła ciasto przede mną, wszyscy zaśpiewali mi „Sto lat!”. Szczęśliwa patrzyłam na świeczki i myślałam nad życzeniem.
W pokoju rozległ się huk, ściany się lekko zatrzęsły. Coś w kuchni wybuchło. Krzyknęłam. Dorośli pobiegli zobaczyć, co się stało. Przez chwilę nie działo się nic. Przez kilka sekund, które wydawały się wtedy wiecznością, w napięciu wypatrywaliśmy rodziców Emi i mojej mamy. Później ujrzeliśmy ich wybiegających z płonącej kuchni. Wszyscy byli zdenerwowani, zmartwieni, ale zdeterminowani. Zachowując zimną krew kazali nam biec do wyjścia i natychmiast opuścić mieszkanie. Pobiegliśmy. Tata Emilii został, by pomóc braciom mojej przyjaciółki, bliźniaki mieli wtedy siedem lat. Dymu było coraz więcej, płomienie wchodziły do salonu i łapczywie obejmowały coraz większy obszar.
Budynkiem znowu zatrzęsło.
Dopiero kilka dni później dowiedziałam się, że tego wieczoru wybuchy gazu były w całym budynku.
Byłyśmy już przy drzwiach na klatkę schodową. Obejrzałam się za siebie, by sprawdzić, co z mamą. Spojrzała na mnie i ponagliła ruchem ręki. Biegła do mnie. Nagle się potknęła. Upadła tak nieszczęśliwie, że uderzyła głową w kant stołu. Po jej czole pociekła krew. Krzyknęłam przerażona. Po chwili poczułam ulgę. Nie straciła przytomności.  Niepewnie wstała i ruszyła chwiejnym krokiem w moją stronę. Razem z Emilią rzuciłyśmy się jej na pomoc. Złapałyśmy ją za ręce i razem doszłyśmy do drzwi. Coraz trudniej się nam oddychało, krztusiłyśmy się dymem. Nie mieliśmy czasu, by czekać na rodzinę mojej przyjaciółki. Wyszłyśmy na klatkę schodową i przeciskając się przez panikujących mieszkańców, najszybciej jak się dało zeszłyśmy na dół.
Udało nam się uciec z bloku.
Chwilę po tym budynek znów się zatrząsł i jedna z ścian się osunęła. W jej ślady poszedł też sufit. Tony pyłu i cegieł posypały się z runącego budynku.
Blok mieszkalny, w którym zostało jeszcze wiele osób, między innymi rodzina Emilii, zawalił się.
Wokół już było dużo policjantów, po kilku minutach pojawiła się też straż pożarna i pogotowie.
W pewnej chwili mama straciła przytomność. Upadając, pociągnęła na ziemię także mnie i Emilię. Upadłyśmy na odłamki gruzów i szkła ze zburzonego bloku. Boleśnie pokaleczyły one moje kolana i dłoń. Jednak w tamtej chwili nie przejmowałam się tym bólem. Ze strachem skupiłam się na mamie. Rana na jej czole mocno krwawiła. Próbowałam ją obudzić, krzyczałam do niej, płakałam coraz mocniej. Bałam się. Pojawiły się służby specjalne, zabrały mamę do szpitala. Pojechałyśmy z nimi. Nie wiedziałam, co się stało, nie wiedziałam, kim są ludzie, którzy nas uspakajali, nie wiedziałam, co się dzieje z moją mamą, ani co z rodzicami Emi.
W szpitalu spędziłyśmy całą noc. Lekarze przeprowadzali jakieś podstawowe badania, opatrzono nas, policja wypytywała nas o szczegóły wypadku, ale przesłuchanie przerwały pielęgniarki. Nakrzyczały na nich, że nie powinni męczyć biednych dzieci, które przed chwila przeżyły piekło i straciły dom. Nie pamiętam tego za dobrze, byłam wtedy w szoku. Po „przesłuchaniu” zostałyśmy skierowane do jednej z sal, specjalnie przygotowanej dla mieszkańców zawalonego budynku, gdzie spędziłyśmy resztę nocy. Pamiętam, że chociaż byłam zmęczona, to długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o mamie, martwiłam się o nią. Odkąd wyszliśmy z karetki i lekarze ją zabrali ani razu jej nie widziałam.
Rano dowiedziałyśmy się, że wśród ocalonych z gruzów nie ma nikogo z rodziny Emilii, a moja mama zmarła wskutek dużej utraty krwi i uszkodzenia mózgu podczas uderzenia.  Nie umarła od razu tylko dlatego, że reakcja jej organizmu była opóźniona.
Jedyne, co mnie w tym cieszy, to to, że nie cierpiała.
Nie wiem, czy rodzice i bracia Emi mieli tyle szczęścia…
Tego dnia moje życie diametralnie się zmieniło.
Ciemna zasłona rozpaczy przysłoniła mój świat i wszystko, co było w nim ważne.

~~*~~

Po tym wypadku, w którym zginęło kilkanaście osób, w tym rodzice i bracia Emilii oraz moja mama, zostałyśmy przeniesione do domu dziecka. Szczerze mówiąc, niewiele pamiętam z tamtych dni. Wiem, że dzieliłam pokój z przyjaciółką i poza nią nie znałam tam nikogo. Z nikim też nie rozmawiałam, nawet z Emilią byłam w stanie zamienić najwyżej kilka zdań w ciągu dnia. Całkowicie zamknęłam się w sobie. Nic nie miało już dla mnie sensu. Straciłam chęć do życia, pogrążyłam się w żałobie. Wszystkie moje ubrania były czarne. Gdy dostawałam od opiekunek odzież w innym kolorze, wyrzucałam ją.
Jedyna rzecz, która nie była w kolorze śmierci, a którą nosiłam, to naszyjnik mamy. Strażakom udało się go ocalić z gruzów. Był to srebrny łańcuszek z niebieskim szkiełkiem udającym kamień. To był tani prezent, jeszcze z Polski, mama kupiła go nad morzem w sklepie z pamiątkami.
W tej chwili, to jest najdroższa rzecz, jaką mam.
Po tym wypadku stałam się zupełnie inną osobą. Przestałam się modlić, chociaż byłam katoliczką. Na dwór wychodziłam tylko wtedy, gdy mnie opiekunowie zmuszali. Przestałam się uczyć, chociaż wcześniej byłam wzorową uczennicą. Zmarnowałam dwa lata na zamknięciu się w swoim świecie, w którym pojęcia „szczęście”, „ciepło”, „śmiech”, „miłość” nie występowały.
Teraz pragnę jak najszybciej o tym świecie zapomnieć.
Gdy spoglądam wstecz, najbardziej żałuję tego, że nie wykorzystałam tego czasu na choćby rozmowę z Emilią. Ona tak bardzo się o mnie martwiła… Też była w podobnej sytuacji, co ja, też nie rozmawiała z innymi, ale z niewiadomych przyczyn, młodsze dzieci z sierocińca ciągnęło do niej. Uwielbiały ją po prostu. Emi z początku starała się je odpędzać, ale były nieugięte, więc chcąc nie chcąc, Emi musiała się z nimi zadawać. Jednak wtedy to ja byłam dla niej najważniejsza. Martwił ją mój stan psychiczny, mój wygląd – po tym wypadku bardzo schudłam, chociaż już wcześniej ważyłam mało – i moje zachowanie. Często mnie zagadywała, a ja albo nie odpowiadałam, albo krótko ucinałam rozmowę i uważałam temat za zamknięty.
Później było jeszcze gorzej.
Już rok mieszkałyśmy w domu dziecka. Był środek października 2007 roku. Tego dnia do ośrodka przybyła para Azjatów, później dowiedziałam się, że to Koreańczycy. Chcieli zaadoptować dziecko, dziewczynkę w wieku od 9 do 12 lat. Emilia miała wtedy skończone 10 lat. Wybrali właśnie ją.
Emi z początku była szczęśliwa, ale gdy dowiedziała się, że chcą tylko jedno dziecko, była zdruzgotana. Miała nadzieję, że będą chcieli zaadoptować także mnie. Niestety, tak się nie stało.
Przy pożegnaniu się Emi dała mi swój nr telefonu i powiedziała, że jak zrobi sobie konto na Skype, to wyśle mi swoje ID i ciągle będziemy w kontakcie. Pamiętam, że wtedy byłam zdolna do płaczu, że mogłam ją przytulić. To była pierwsza chwila ciepła, która pojawiła się odkąd mama zginęła. Paradoksalnie, to była też chwila największego smutku. Nawet teraz czasami mi się śni, jak patrzę na odjeżdżającą Emilię z jej nową rodziną. To ciągle boli tak samo.
I tak zostałam sama. Znowu.
Po stracie Emilii każdy następny dzień wyglądał tak samo. Budzili nas rano, wołali na śniadanie (nie zjadałam tam wiele), potem szkoła, w której ciągle siedziałam i gapiłam się w zeszyt, po szkole szliśmy na obiad, którego zwykle prawie nie ruszałam. Po obiedzie mieliśmy czas wolny aż do kolacji. Wtedy zawsze siadałam na łóżku i wpatrywałam się w swój naszyjnik. Po kolacji była wieczorna toaleta, trochę czasu wolnego i cisza nocna. Podczas wszystkich zajęć siedziałam cicho, zamknięta w swoim świecie rozpaczy.
Chociaż wtedy wszystkie dni zlewały się w jedną całość, jeden moment utkwił mi w pamięci. Nie pamiętam, kiedy dokładnie to było, ale pewnego dnia jeden z chłopców z sierocińca, chyba młodszy ode mnie, widząc, jak wpatruję się w mój naszyjnik, postanowił mi go zabrać. Pewnie pomyślał, że jest on bardzo cenny, skoro tak go pilnuję. Podszedł do mnie. Nie zareagowałam. Zapytał mnie o coś, pewnie o to, czy może przez chwilę potrzymać błyskotkę. Nie odpowiedziałam. Wyrwał mi z rąk wisiorek i spróbował ściągnąć mi go przez głowę. Nie trzymał go nawet przez dwie sekundy. Niewiele myśląc, z całej siły uderzyłam go pięścią w twarz. Natychmiast puścił mój skarb i uciekł z płaczem.
O ile wcześniej dzieci z sierocińca nie gadały ze mną, bo uważały mnie za wariatkę, to po tym zdarzeniu omijały mnie szerokim łukiem, bo bały się mnie. Niedoszły złodziejaszek po moim uderzeniu przez dwa dni nie widział na jedno oko, bo tak mu policzek spuchł. Dwa tygodnie później jeszcze miał fioletowe limo pod okiem. Gdy go uderzyłam, użyłam tyle siły, że aż skóra na palcach mi popękała.
Oczywiście, zostałam ukarana przez opiekunki, chociaż nie pamiętam już tej kary. Nie obchodziła mnie ona. Nie przejmowałam się nią. Po co interesować się jakąś tam karą, skoro życie straciło sens?

~~*~~

To było w lato, koniec lipca 2008 roku. Pewnego słonecznego dnia czas pustych dni doszedł końca. To tego dnia ten niezwykły chłopiec uratował mi życie. Nie tylko nie dopuścił, bym została potrącona przez samochód, ale pierwszy raz wyzwolił we mnie emocje i sprawił, że się odezwałam. Uratował moją osobowość i powoli wyciągał mnie z dna jeziora depresji.
Tego dnia wszystkie dzieci z sierocińca poszły na wycieczkę do muzeum „jakiegoś tam”. Opiekunowie musieli mnie siłą wyciągać z pokoju, żebym wyszła na dwór. Wcisnęli mi do ręki jaskrawo pomarańczową chustkę i butelkę wody. Każde inne dziecko otrzymało taki sam zestaw. Gdy zebrali się wszyscy ruszyliśmy w drogę. Ja wlokłam się na samym końcu i wpatrywałam się w czubki moich butów. Nie pamiętam drogi do tego muzeum, nie rozglądałam się nigdzie, nie obchodziło mnie to, nie widziałam sensu w tej wycieczce. Ogólnie, nie widziałam sensu życia.
W pewnej chwili grupa się zatrzymała. Podniosłam na nich oczy, by sprawdzić, czy już dotarliśmy i czy będę musiała wlec się po schodach. Nic z tego, po prostu zatrzymaliśmy się na przejściu dla pieszych. Powróciłam do wielce zajmującego zajęcia, jakim było patrzenie na swoje buty. Poza tym machałam bez sensu ręką z chustką i wodą. Na co mi to było potrzebne?! Po chwili grupa dzieci wraz z opiekunami ruszyła się. Poczekałam, aż wszyscy przejdą obok mnie i gdy upewniłam się, że jestem na końcu zgrai głośnych i denerwujących istot, z którymi musiałam żyć, ruszyłam przed siebie. Światło było jeszcze zielone, ale usłyszałam warkot pędzącego samochodu. Obejrzałam się w stronę nadjeżdżającego pojazdy i ujrzawszy, że ten nie zwalnia, zamarłam na środku ulicy. Sparaliżowana przez strach wpatrywałam się w pędzące ku mnie żółte światła.
Po chwili poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramiona i silnym ruchem pociąga mnie do tyłu. Wypuściłam z ręki chustkę i wodę. Upadłam na chodnik i tuż przede mną przemknął rozpędzony samochód. Usłyszałam trzask plastiku i poczułam krople wody na twarzy. Spojrzałam na miejsce, gdzie stałam kilka sekund temu. Ujrzałam tam spłaszczoną plastikową butelkę i brudną jaskrawą chustkę. Po chwili dotarło do mnie, że te dwie rzeczy zostały przejechane, a razem z nimi mogłam zostać przejechana ja. Coś we mnie się odblokowało. Otworzyłam usta, wzięłam kilka oddechów, każdy następny stawał się coraz szybszy, zaczęłam drżeć. W końcu krzyknęłam na cały głos, poczułam łzy na policzkach.
Czemu płaczę? Co się stało? Czy to coś ważnego? Czy przejmuje się swoim życiem? Tak wtedy myślałam, a raczej myślałam tak wieczorem tego samego dnia, gdy szok minął.
Zaczęłam histerycznie płakać. To był zbyt duży szok. Po raz drugi w swoim bardzo krótkim życiu otarłam się o śmierć. Poczułam czyjeś ręce na twarzy. Po chwili dotarł do mnie czyjś uspakajający głos. Potem dostrzegłam czyjąś twarz, znajdującą się zaledwie kilkanaście cm od mojej twarzy. Chłopiec, nastolatek, może 14 lat, czapka na głowie, ciemne włosy, czarne oczy. Chińczyk.
- Hej, hej. Słyszysz mnie? Nic ci nie jest? Spokojnie, nic się nie stało. Oddychaj. Popatrz na mnie. – Mówił szybko. Miał przyjemny głos, ale wtedy tego nie zauważyłam.
Spojrzałam mu w oczy.
- Tak, tak jest. Widzisz mnie? – spytał mój wybawca.
Pokiwałam głową.
- To dobrze. Nic ci się nie stało?
Powoli pokręciłam przecząco głową. Ciągle płakałam, ale już nie tak histerycznie.
- Dobrze… - odparł chłopak z wyraźną ulgą w głosie. – Możesz wstać? Chodź, pomogę ci.
Podniósł mnie z ziemi, ale ponieważ wciąż się trzęsłam, złapał mnie za ramiona i przytrzymał mnie. Po chwili podbiegły do nas dzieci z sierocińca. Opiekunka biegła za nimi i gdy znalazła się przy nas, zwróciła się do mnie ze złością.
- Agnieszka! Co to ma znaczyć?! Nie pchaj się pod samochód?! Czyś ty oszalała?! – krzyczała, mocno przy tym gestykulując.
- J… J-Ja… - zaczęłam się jąkać. Odzwyczaiłam się od mówienia.
- Przepraszam, proszę pani, ale ten samochód wjechał na przejście dla pieszych, gdy było zielone. Zielone dla ludzi, nie dla samochodów. – odezwał się stanowczo chłopiec, który mnie uratował.
- Drogi chłopcze, chyba wiem, co widziałam. – odparła surowo opiekunka. - Moja podopieczna prawie weszła pod samochód. Na pewno zrobiłaś to specjalnie, prawda? – tym razem zwróciła się do mnie. – No tak, w końcu próba samobójcza nie byłaby w twoim przypadku dziwna. Diabelskie nasienie… Tylko nerwów się przez ciebie najem. Czemu w ogóle muszę się tobą zajmować?! Powinnaś już dawno być wyrzucona z ośrodka. Sprawiasz same problemy!
Podczas gdy ona mówiła, ja byłam cicho. Przyzwyczaiłam się do tych jej wyzwisk i złych myśli o mnie. Gdy skończyła swój wywód na temat, jaka to jestem zła i okropna, kobieta odeszła od nas, pozbierała wrzeszczące dzieci i oddaliła się kawałek. Spojrzałam na mojego wybawiciela. Był czerwony na twarzy, wyglądał na wściekłego. Odprowadzał opiekunkę wzrokiem, który mógłby zabić.
- Co za… - zaczął, ale powstrzymał się od komentarza. - Ech… Czemu się nie broniłaś? – spytał z wyrzutem. Widać było, że nie znosi niesprawiedliwości i wyżywania się na innych.
- Ja… To nic. To nic takiego. Zawsze tak jest. – Powiedziałam cicho.
- Co?! Ale… - zaprotestował szybko, ale mu przerwałam.
- Dziękuję. – rzekłam i postąpiłam krok do tyłu. Chłopak musiał mnie puścić. Zdziwiony popatrzył na mnie i po chwili zrezygnowany kiwnął głową.
- Nie ma za co…
- Żegnaj… - dodałam szeptem. Spojrzałam jeszcze raz na jego twarz i odwróciłam się. Ruszyłam w stronę czekającej na mnie grupy, zostawiając chłopca samego. Ten przez chwilę stał osłupiały i po chwili krzyknął:
- Hej! Zaczekaj! Nie odchodź! Jak się nazywasz? Gdzie mieszkasz?
Odwróciłam się do niego i posłałam mu lekki uśmiech. Pierwszy od dwóch lat.
- Jestem Aga. – powiedziałam i wróciłam do mojej grupy.

~~*~~

Cały wieczór przesiedziałam, jak zwykle, w swoim pokoju, tylko tym razem myślałam o konkretnych rzeczach. Z niewiadomych powodów, oczami wyobraźni ciągle widziałam chłopca, który mnie uratował. Czemu o nim myślałam? Nie znałam go, nie wiedziałam nawet, jak miał na imię. Czemu się do niego odezwałam? Czemu się do niego uśmiechnęłam?! To nie ma sensu… Nie miałam żadnych powodów do uśmiechu. A może nie powinien mi pomagać? Może byłabym szczęśliwsza, gdybym umarła…? Nie, chyba nie… Musiałam mieć chyba jakiś powód, żeby się uśmiechnąć. Ten uśmiech to dowód na to, że chyba nie wszystko straciło dla mnie sens.
Długo tak siedziałam na niewygodnym, twardym łóżku i rozmyślałam nad wydarzeniami z dzisiejszego dnia. Na szczęście nikt mi w tym nie przeszkadzał, bo byłam sama w pokoju – po incydencie z niedoszłym złodziejem i jego przez miesiąc fioletowym okiem opiekunowie domu dziecka stwierdzili, że dla każdego będzie lepiej i bezpieczniej, jeśli będę mieszkać sama.
Po raz pierwszy od długiego czasu nie patrzyłam się na ten naszyjnik, tylko oglądałam wnętrze pokoju. Nie był on jakiś szczególnie piękny, zwykłe małe pomieszczenie z szarymi obdrapanymi ścianami, przetartą drewnianą podłogą, starymi, tanimi meblami, czyli łóżkiem, szafą, biurkiem, krzesłem i komodą. Do tego całkiem spore okno z widokiem na boisko sierocińca, ozdobione kiedyś białą firanką z dziurami, dająca słabe światło lampa na białym suficie pokrytym plamami i stare skrzypiące drzwi.
Opornie zwlekłam się z łóżka, podeszłam do włącznika przy drzwiach, zgasiłam światło i wróciłam do mojego posłania. Wygrzebałam spod poduszki piżamę, przebrałam się, zwinięte ubrania rzuciłam w głąb szafy i weszłam pod kołdrę. Miałam dość tego dnia. Zamknęłam oczy, ale zamiast ciemności zobaczyłam chłopięcą czapkę i czarne skośne oczy. Ze złością otworzyłam oczy, zerwałam się do pozycji siedzącej i z całej siły rzuciłam poduszką w ścianę. Nie chciałam go widzieć. Wiedziałam, że już go nie spotkam i muszę o nim zapomnieć.
Jak bardzo się wtedy myliłam…
Ponownie wstałam z łóżka, podniosłam poduszkę i znowu wróciłam do próby zaśnięcia. Tym razem mi się udało, nie zobaczyłam go. Zasnęłam spokojnie. W nocy śnił mi się nastoletni Chińczyk w czapce.

~~*~~

Siedziałam z podkulonymi nogami na ławce i wpatrywałam się w drzewa znajdujące się w parku obok domu dziecka. Obserwowałam ptaka w gnieździe. Zwykły wróbel, a jak potrafi zaciekawić… Tego ranka wyjątkowo, pierwszy raz od tamtego wypadku dobrowolnie wyszłam na dwór. Nie wiedziałam, czemu, ale poczułam taką potrzebę. Obejrzałam się za siebie. Dzieci bawiły się na boisku należącym do domu dziecka. Ich wesołe krzyki mnie irytowały. Nie lubiłam ich – mam na myśli dzieci (ich krzyki zresztą też). Wróciłam do obserwowania ptaka. Chciałam go narysować. Kiedyś to lubiłam, nawet kochałam. Przypomniałam sobie o tym poprzedniego wieczoru i szukałam czegoś, co mogłabym uwiecznić na papierze. Nagle koło mnie przeturlała się piłka do koszykówki i zatrzymała się metr ode mnie.
- Hej! Możesz podać piłkę?! – usłyszałam czyjś głos.
Podniosłam się z ławki, podeszłam do piłki, podniosłam ją i odwróciłam się do jej właściciela. Zamarłam z szeroko otwartymi oczami. Właścicielem piłki okazał się… Chińczyk w czapce z poprzedniego dnia. On także był zdziwiony moim widokiem.
- C-Co ty…? – powiedziałam zszokowana szeptem, ciągle trzymając jego piłkę.
- To ty… - powiedział chłopiec.
Pokiwałam twierdząco głową.
- Co ty tu robisz? – spytałam cicho. Wiedział, że tam mieszkałam?
- Tu jest świetne boisko do koszykówki, lubię sobie tu pograć. – odparł Chińczyk. – A ty? Też lubisz grać w kosza?
Zaprzeczyłam ruchem głowy.
- Och… To co tu robisz? – spytał zdziwiony.
- Ja… Ja tu mieszkam… - powiedziałam cicho i wskazałam głową budynek domu dziecka.
- Och… - Chłopiec posmutniał. Chyba zapomniał o swojej piłce, ja zresztą też - ciągle trzymałam ją w rękach. – Przepraszam, nie wiedziałem…
Pokręciłam głową na znak, że nic się nie stało.
- Jak się nazywasz? – spytał nagle zaciekawiony moją osobą.
- Mówiłam ci wczoraj. – zauważyłam.
- No tak, ale tak szybko zniknęłaś, że zapomniałem. – uśmiechnął się wesoło. Miał piękny uśmiech.
- Nazywam się Agnieszka. Po angielsku Agnes, ale jeśli mnie tak nazwiesz, wpakuję ci pięść w zęby. – powiedziałam niby obojętnie, ale ku własnemu zdziwieniu, w moim głosie zabrzmiała nutka wesołości.
- Eee… Twoje imię jest trudne. – stwierdził stanowczo chłopiec. – Czemu nie mogę nazywać cię Agnes? To ładne imię. I łatwe do wymówienia. – zaśmiał się.
- Nie lubię tej odmiany mojego imienia. Nie podoba mi się. Źle mi się kojarzy, ale nie pamiętam, z czym.
- Hmm… - zamyślił się na chwilę Chińczyk. – Może będę mówił do ciebie „Alice”? Podobne do Agnes, ale inne. – uśmiechnął się szeroko, dumny ze swojej inteligencji.
- Jak chcesz. – odpowiedziałam krótko i lekko się uśmiechnęłam. Znowu. – A ty jak masz na imię? – spytałam. Zaciekawił mnie ten osobnik. Wywołał u mnie dwukrotny uśmiech i sprawił, że z nim rozmawiałam. Od tamtego wypadku tylko Emi to potrafiła.
- Nazywam się Jackson. Jackson Wang. – uśmiechnął się i podał mi rękę. Nieśmiało ją uścisnęłam i przez przypadek upuściłam jego piłkę do koszykówki. Schylił się i podniósł ją. Podrzucił kilka razy i spytał wesoło – Może chcesz ze mną zagrać?
- Nie umiem grać w kosza. – odpowiedziałam i nie wiadomo, czemu zalałam się rumieńcem.
Jackson złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę boiska.
- No to od dzisiaj będziesz umiała! – powiedział i znów się wyszczerzył.

~~*~~


22.04.2015

'Zamknij Oczy' Part Two

Druga (i nie ostatnia!) część fika dla Yuki. :*





'Zamknij Oczy'

  Ranek. Słońce przedzierało się przez jasne zasłonki oświetlając pomieszczenie. Podniosłam się na łóżku, leniwie otwierając oczy. Kolejny taki sam dzień. Automatycznie mój wzrok powędrował w stronę tajemniczego chłopaka. Spał do mnie tyłem. Westchnęłam trochę rozczarowana. Spokojnie Alice! Poznasz go, pomyślałam znów opadając na łóżko. Znudzona co chwila rzucałam okiem na zegarek. Dochodziła siódma. W zwyczaju nie mam wstawać tak wcześnie. Kiedy się budziłam akurat pielęgniarka wychodziła z sali, a po dziesięciu minutach przyjeżdżała Yosung.
  - Jak się nazywasz? - usłyszałam nagle męski głos.
  Odwróciłam głowę w jego kierunku zaskoczona nagłym pytaniem. Chłopak leżał na boku, wbijając we mnie wzrok. Miał ciemnobrązowe oczy okalane gęstą koroną rzęs, których by pozazdrościła nie jedna dziewczyna. Twarz przypominała okrągłą piłeczkę ze słodkimi policzkami. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak typowy Azjata, a po dokładniejszym przyjrzeniu się można zauważyć dodatkowe rysy. No i był stanowczo za słodki.
  - Cha Alice. - wyjąkałam - A ty jak masz na imię?
  - Kunpimook Bhuwakul, ale mów mi BamBam. - odpowiedział podnosząc się na łóżku.
  Zamrugałam powiekami. BamBam...?
- Ciekawy pseudonim. - wyjąkałam z trudem.
  Byłam lekko zawstydzona. Chłopak ciągle wiercił mnie swoim spojrzeniem. Próbowałam wyobrazić jak wyglądam. Brązowe włosy zebrane w rozczochrany kucyk, bez żadnego makijażu, totalnie nieogarnięta. Pewnie wyglądam jak jakieś zombie, pomyślałam poprawiając włosy.
  - Czemu tu leżysz? - spytał.
  - Białaczka... - odpowiedziałam ze słabym uśmiechem - A ty?
  Wzruszył ramionami po czym oznajmił:
  - Rak trzustki. Nic takiego nadzwyczajnego.
  - Przykro mi.
  Naprawdę mu współczułam. Nawet po takiej krótkiej wymianie zdań wiedziałam, że był przemiłą i przesłodką osobą. Ale los nikogo nie oszczędza.
  Nagle, ku mojemu zdziwieniu, do sali wpadła sześcioosobowa grupka chłopaków. Biegli niczym stado wielkich słoni w stronę BamBama przekrzykując się nawzajem. Okrążyli dookoła łóżko Kunpimooka.
  - Bambbie!
  - Jak się czujesz?
  - Tęskniliśmy!
  Byli stanowczo za głośni, pomyślałam krzywiąc się.
  - Cisza! - krzyknął Taj; chłopcy momentalnie ucichli - Też się cieszę, że was widzę i dobrze się czuję, ale nie powinniście drzeć się na cały szpital. - upomniał ich ze stoickim spokojem.
  - Nie widzieliśmy ciebie przez dwa dni. - oznajmił Azjata z czupryną rudych włosów.
  - Wszyscy się o ciebie martwią. - dodał kolejny z tej zgrai, tym razem brunet, który stał do mnie tyłem przez co nie widziałam jego twarzy.
  - Nawet sam CEO! - wykrzyknął najwyższy z nich.
  Na co BamBam tylko się uśmiechnął:.
  - To fajnie. Ale chcę, żebyście kogoś poznali... - skierował wzrok na mnie - Przedstawiam wam moją nową współlokatorkę, Alice!
  Ku mojemu przerażeniu, wszyscy w jednym momencie się odwrócili. Każdy z nich świdrował mnie wzrokiem.
  - Hej... - wyjąkałam z trudem pod naporem ich spojrzeń.
  - Alice, to Yugyeom, Youngjae, Jae-bum, Mark, Jin-young oraz Jackson. - kolejno wyliczał Taj.
  Nagle chłopak, który chyba miał na imię Mark, wyszedł lekko naprzód, uśmiechając się lekko głupio po czym oznajmił:
  - Witaj Alice!


  I tak właśnie zaczęła się moja przyjaźń z zespołem GOT7. (O tym, że tworzą boysband dowiedziałam się tego samego dnia. Coś tam słyszałam o nich w mediach oraz od koleżanek ze szkoły, ale nie interesowałam się tym zbytnio) Codziennie nas odwiedzali, przynosili czasami jakieś jedzonko, żartowali z moją mamą, która z resztą także bardzo ich polubiła. Wręcz sielankowato. Oczywiście pomijając, że jestem śmiertelnie chora i tam tego typu. Aż wreszcie ta harmonia musiała się zburzyć przez coś, a raczej przez kogoś.

  Minęły dwa tygodnie od pamiętnego dnia, kiedy BamBam zapoznał mnie ze swoimi kolegami. Nastał ranek. Przez zasłonki wlewały się promienie słoneczne, które mnie zbudziły z przyjemnego snu. Od razu moje oczy powędrowały w stronę Taja. Dalej spał odwrócony twarzą w moim kierunku. Był taki słodki kiedy spał. Przez ten czas bardzo go polubiłam. Staliśmy się wręcz najlepszymi przyjaciółmi. Do tego jego wyniki poprawiały się. Zazdrościłam mu tego, bo lada dzień mógł wyjść ze szpitala, a ja dalej bym gniła w tym łóżku. I by mnie zostawił, zadźwięczały słowa w mojej głowie. Jak najszybciej odsunęłam te myśli. Nie, dalej byśmy się kontaktowali. Przecież jesteśmy przyjaciółmi.
  Nagle drzwi się lekko uchyliły, a przez nie wszedł mężczyzna w białym kilcie. Na identyfikatorze widniało jego imię i nazwisko: Lee Jae Min. Posłał mi zmęczony uśmiech witając się cichym "Dzień dobry". W odpowiedzi kiwnęłam tylko głową.
  - Kolega śpi? - kiwnął głową w stronę BamBama.
  - Tak.
  - Żeby nie zaspał swojego powrotu do domu. - zażartował.
  To był jak wiadro lodowatej wody. Z początku czułam pustkę, a następnie niespodziewany ból rozlał się po całym ciele paraliżując mnie. Nie mogłam nic powiedzieć ani nawet ruszyć palcem. Moje myśli krzyczały: Ale jak to wraca do domu?! Jak to opuszcza ten cholerny szpital?!
  - J-Jak to? - zająknęłam się zszokowana wieścią.
  Lekarz podszedł do łóżka tajlandczyka. Podniósł tabliczkę wiszącą na ramie. Chwilę ją poczytał po czym znów ją zawiesił.
  - Kunpimook jest całkowicie zdrowy. Pielęgniarka pomyliła jego wyniki z wynikami innego chłopaka.
  - Czyli nie ma raka? - wyszeptałam zdruzgotana.
  Mężczyzna tylko przytaknął kiwnięciem głowy i schylił się ku chłopaku, który dalej spał. Potrząsnął jego ramieniem ogłaszając swoim basowym głosem:
  - Wstawaj, wracasz do domu.
  Azjata leniwie podniósł powieki. Kiedy dotarł do niego sens wypowiedzi zerwał się jak szalony z łóżka.
  - Naprawdę?!
  Cieszył się. Naprawdę ta wiadomość go uszczęśliwiła. I to mnie najbardziej zabolało. Chciałam, żeby leżał tutaj ze mną i znosił ten sam ból co ja. Na chwilę pociemniało mi przed oczyma, a następnie znów widziałam wesołego BamBama oraz uśmiechającego się Jaemina. Niewidzialny nóż przeszył moje serce na wylot. Wiem, że powinnam się cieszyć razem z nim, jak by to zrobiła prawdziwa przyjaciółka, ale to bolało. On leżał tu tylko dwa tygodnie, a ja cztery i nie zanosiło się na to, abym stąd wyszła. Znów będę sama leżeć w sali i podziwiać biały sufit. Może kogoś dadzą na miejsce Kunpimooka, ale nikogo tak bardzo nie polubię jak jego.
  - Alice, cieszysz się? - spytał dalej radosny Taj.
  Natychmiastowo przywołałam na twarzy uśmiech. Nie chciałam, aby dojrzał mój stan psychiczny.
  - Jasne. - odpowiedziałam niemrawo.


  Po dwudziestu minutach przyjechali kumple Bambama, a wraz z nimi jego rodzice. Wszyscy byli szczęśliwi. Oprócz mnie. Kunpimook był już spakowany i przebrany. Idealny do opuszczenia szpitala.

  - Możecie na chwilkę wyjść? - poprosił Azjata - Chciałbym pogadać z Alice.
  Wszyscy kiwnęli głową i wyszli na korytarz. Chłopak przysiadł koło mnie na łóżku. Westchnął przeciągle i położył głowę na moim ramieniu.
  - Bedę tęsknić za Tobą.
  - Ja za Tobą też. - odpowiedziałam zaskoczona jego wyznaniem.
  - Alice... - podniósł głowę i popatrzył mi się głęboko w oczy - Mam nadzieję, że nasz kontakt nie ucierpi.
  - Oczywiście, że nie. - zaprzeczyłam szybko.
  Zaczął coś gmerać w kieszeni i wyjął kartkę papieru. Podał mi skrawek.
  - Mój numer. Dzwoń, kiedy będziesz potrzebowała pomocy.
  - Jasne. - przytuliłam się do niego rozczulona.
  Nagle pocałował mnie delikatnie w policzek, a potem szybko wstał z łóżka i wyszedł zostawiając mnie samą. Spojrzałam na papierek. Nie, nie samą. Dalej go miałam.


Tydzień później


  Jaemin uśmiechnął się, po czym oznajmił:

  - Wychodzisz ze szpitala, panno Cha Alice!
  Rozszalałe serce zagłuszyło całkowicie moje myśli.

17.03.2015

'Zamknij oczy' Part One

Witam razem z pierwsza częścią ff dla Yuki. Przepraszam, że tak długo musiałaś czekać, ale no cóż. To chyba będzie moje najdłuższe dzieło, którekolwiek w życiu napisałam. Zapraszam do czytania. :)





'Zamknij oczy'


  Pierwsze, co ujrzałam po przebudzeniu, to była jaskrawa biel. W sumie zdążyłam się do niej przyzwyczaić. Przez dwa tygodnie leżałam na oddziale intensywnej terapii. Wykryto u mnie białaczkę. Przywykłam już do myśli, że jestem poważnie chora. Traktowałam białaczkę jako codzienność. Najgorsze było to, że byłam w stadium średniego ryzyka. Czyli miałam połowę szans na przeżycie, a drugie pół na śmierć. Wolałabym umrzeć, niż dalej żyć na tym świecie. Miałam dość trudne dzieciństwo. W wieku dziesięciu lat straciłam rodziców w wypadku, który ja sama spowodowałam. Nieumyślnie. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem, ale już wiedziałam, co jest dobre, a co złe. Dalej czuję ten mocny ucisk w żołądku i łzy pod powiekami, kiedy myślę o śmierci rodziców. Następnie trafiłam do domu dziecka. Zaadoptowali mnie państwo Cha, para Koreańczyków, którzy nie mieli potomstwa. Nie wiem czemu wybrali akurat mnie spośród setek innych dzieci. Może dlatego, że mam typowo azjatyckie rysy, ale dalej utrzymuje wizerunek Europejki? Tak, jestem pół Koreanką i pół Amerykanką. Mój tato był rodowitym Azjatą, a mama urodziła się w Teksasie. Tam właśnie mieszkaliśmy aż do tego feralnego wypadku, w którym zmarli moi rodzice. Kiedy zaadoptowali mnie państwo Cha, przeprowadziliśmy się do Seulu. Nie było tu tak źle. Szybko nauczyłam się hangulu i równie szybko przystosowałam się do panujących tam norm. Siedem lat minęło na codziennym życiu zwykłej dziewczyny. I znów musiało się coś popsuć. Na lekcji w-fu dostałam piłką w łeb i straciłam przytomność - niby nic niezwykłego, ale rodzice i tak zawieźli mnie do szpitala. Pan Lee Jae Min (lekarz, który mnie badał) po wstępnych oględzinach zarządził badanie krwi, które wykazało białaczkę. Następnie zawieźli mnie na oddział intensywnej terapii, na którym leżę do teraz.
  Jęknęłam, zamykając oczy. Ta biel była stanowczo zbyt jasna. Powinni zamienić ją... no nie wiem, na różowy? Tak, ten cukierkowy kolor bardziej by tu się przydał niż ta rażąca biel. Mrużąc oczy podniosłam się na łóżku.
  - Wszystko w porządku? - usłyszałam znajomy, kobiecy głos.
  Pani Cha Yo Sung, moja macocha... tfu! moja mama, siedziała obok mojego łóżka i przyglądała się moim poczynaniom.
  - Jasne... - westchnęłam.
  Yosung była drobną kobietą o średnim wzroście. Kruczoczarne, proste włosy wiązała w luźną kitkę nad karkiem. Wyglądała jak typowa Koreanka.
  - Jesteś głodna? Coś Cię boli? Zawołać lekarza?
  W odpowiedzi pokręciłam głową.
  - Si Mon jest w pracy jakbyś się zastanawiała...
  Dopiero teraz zauważyłam nieobecność ojczyma. W sumie ostatnio mało go widziałam. Ciągle siedzi w firmie, wraca późną nocą... A ja leżę w szpitalu. Tak jakby się ze sobą mijamy. Nawet przed chorobą widziałam jak Yosung cierpi, bo jej mąż nie ma czasu ani dla niej, ani dla mnie. Tęskniłam za nim.
  - To dobrze. - wymamrotałam. - Pójdę chyba znów spać, a ty wracaj do domu i odpocznij.
  Kłamałam co do snu. Byłam całkowicie wyspana.
  - Nie, posiedzę z Tobą jeszcze trochę.
  Spojrzałam znacząco na jej ciemne wory pod oczami. Znów nie spała przez całą noc. Serce mi się krajało widząc ją w takim stanie.
  - Mamo, jedź do domu i wreszcie porządnie się wyśpij. Poradzę sobie bez ciebie.
  Z niechęcią wstała, podnosząc czarną torebkę. Zarzuciła ją zmęczonym gestem na ramię. Podeszła do mnie i całując mnie w czoło, oznajmiła:
  - Wiem. Kocham Cię, jutro też przyjdę.
  Ruszyła ku drzwiom, żegnając się krótkim "cześć".
  Kiedy zostałam sama, usadowiłam się wygodnie na łóżku. Trwałam w tej pozycji aż do przyjścia pielęgniarki. Gruba kobitka w białym kilcie pogrzebała coś przy kroplówce i wyszła. Tak było w kółko. Nie cierpiałam tej rutyny, a jeszcze bardziej nienawidziłam tego szpitala. Ile bym dała, żeby stąd się wyrwać! Chciałam znów chodzić do szkoły, spotykać się z przyjaciółmi... Żeby wrócić do stanu przed wypadkiem. Moim największym marzeniem, jest normalne życie. Ale znów nie było mi to dane.
Dopiero teraz spojrzałam na zegarek. Dwudziesta dziesięć. Ten dzień za szybko przeminął.
  Wróciłam pod kołdrę, rzucając spojrzenie na salę, na której się znajduję. Pomieszczenie było średnich rozmiarów. Obok mojego łóżka stało drugie posłanie. Na razie puste. Po mojej prawej stronie znajdowała się, pomalowana białą farbą, mała szafka nocna. A w niej leżały poskładane ubrania oraz kilka paczek różnych przekąsek. Mogłam popodziwiać seulowe widoczki przez okna, które znajdowały się na na przeciwnej ścianie. Ale nie miałam ochoty patrzeć na ten krajobraz. Nie miałam siły, aby tam podejść i obserwować przechodzących ludzi. Czułam się tutaj jak w klitce. Po za Yosung i kilkoma znajomymi ze szkoły, nikt mnie nie odwiedzał. Odczuwałam potrzebę wypłakania się, ale tak naprawdę nie mam komu się wyżalić. Nie chciałabym dodatkowo zamartwiać rodziców czy moich przyjaciół, bo i tak mieli za dużo na głowie.
  Moje rozmyślania przerwało gwałtowne wejście lekarza z pielęgniarką (a za nią szła dość liczna grupka chłopaków, którzy co chwila przekrzykiwali się nawzajem) pchającą wózek, na którym siedział młody chłopak. Głowę pochylił do przodu, jakby mu było ciężko utrzymać ją w normalnej pozycji. Doskonale widziałam jego jasno brązowe włosy, ale za nic nie widziałam twarzy. W sumie zaciekawił mnie. Rzadko się zdarza, aby z taką obstawą wprowadzali pacjenta.
  Nagle pielęgniarka odwróciła się w stronę nieznajomych chłopaków i warknęła:
  - Wyjść z sali!
  Następnie wygoniła ich z pomieszczenia, zamykając drzwi. Dopiero teraz zauważyła mnie leżącą pod kołdrą. Kiwnęła przepraszająco głową, a następnie dopchała wózek z chłopakiem do sąsiedniego łóżka. Szepnęła coś do niego, na co on chwiejnie wstał i położył się na posłaniu. Kobieta wraz z lekarzem coś jeszcze porobili przy chłopaku, ale nie widziałam dokładnie co, bo nagle zmorzył mnie sen.
  Opadłam na poduszkę, odwracając się do nich tyłem. Obiecałam sobie w duchu, że jutro zapoznam się z nieznajomym. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że właśnie ten chłopak wywróci mi życie do góry nogami.

1.03.2015

'Żyj tak, jakby...' Mark x Emi

Witam ^^ Oto pierwszy scenariusz na tej stronie  nowej adminki Yuki ^^
Dla Misaki :*
Pisałam to cały dzisiejszy dzień... Doceń to!! XD
Miłego czytania~~






.
.
.
.
.


                Leżałam w szybko rosnącej kałuży krwi. Czułam, jak ucieka z mojego ciała. Ale nie czułam bólu w postrzelonym boku. Bardziej bolał mnie widok cierpiącego ukochanego. Jego łzy kapały mi na twarz, gdy pochylał się nade mną. Położył mnie na swoich kolanach, tulił do siebie, w kółko powtarzał, że będzie dobrze.
Wiedziałam, że nie będzie.
Panował chaos. Zewsząd dochodziły krzyki, syreny policyjne, ludzie biegali, ale ignorowałam to. Teraz liczył się tylko on.
- Mark… - wyszeptałam ostatkiem sił. Byłam pewna, że to już koniec.
- Tak? – spytał i zbliżył się do mnie. Jego piękna twarz wyrażała jeszcze większy ból, niż ten, który czułam ja. Nie chciałam, żeby potem za każdym razem, gdy o mnie pomyśli wyglądał właśnie tak.
- Proszę cię… Żyj tak, jakby mnie nigdy nie było…
Potem ogarnęła mnie ciemność.

~~*~~

To miał być kolejny zwykły letni dzień.
Ale nie był.
Początek wakacji, a ja zamiast leżeć na trawniku w parku i wygłupiać się z Alice (moją najlepszą przyjaciółką i koleżanką z klasy)  muszę siedzieć z braćmi w wytwórni!
Em… Nie wiecie, o co mi chodzi? A, racja. Nie znacie mnie, mojej rodziny i tej beznadziejnie śmiesznej i żałosnej historii. Może ją Wam teraz opowiem.
Odkąd tylko pamiętam, moi dwaj młodsi bracia (bliźniacy) byli typowymi no-life’ami i wielkimi nieogarami. Zawsze tylko komputer, komputer! Zamiast wyjść na dwór do parku albo poczytać książkę oni tylko grali w gry. Aż tu nagle zachciało im się śpiewać! Tak po prostu!
Szczegół, że śpiewać nie potrafią.
Gdy oznajmili naszej mamie, że chcą się dostać do wytwórni i zostać pierwszymi k-popowymi polskimi idolami była zachwycona - no, w końcu ruszą się sprzed ekranu – ja w tym czasie dusiłam się ze śmiechu. Ale później nie było mi tak wesoło. Niestety, moja kochana mama – którą naprawdę kocham! – kazała mi pójść z nimi, żeby im tło muzyczne zrobić to prawie krzyknęłam: „ŻE CO KU&#@?!”,  ale na szczęście się powstrzymałam i krzyknęłam tylko: „ŻE COOO?!”.
Eee, tak spytacie pewnie: jakie tło muzyczne? O co chodzi??
Cóż, gram na gitarze. Nie wiem, czy gram dobrze, wiele ludzi mówi, że tak, ale to pewnie tylko z grzeczności.
Ale uwielbiam to. To takie wspaniałe uczucie, kiedy spod twoich palców wymykają się ciche delikatne i piękne dźwięki, kiedy tworzysz melodię, kiedy instrument gra tak, jak ty chcesz.
Ale to tylko hobby.
A teraz przez to hobby musiałam się użerać z klonami i pojechać z nimi do JYP Entertainment.
No cóż… Takie życie.

~~*~~

Siedzieliśmy w poczekalni. Oni podekscytowani ćwiczyli pod nosem swoje partie, ja wkurzona na cały świat tuliłam do siebie moją gitarę.
Nie chciałam tu być.
Było zdecydowanie za dużo ludzi.
Personel, trainee, kandydaci, ich rodziny i przyjaciele. Do tego ból głowy i brzucha (przeklęty okres…).
Miałam tego dosyć.
Ciągle tuląc mój instrument wstałam i podeszłam do okna. Chciałam sprawdzić, jak daleko jest do ziemi.
Było daleko.
Szkoda. Gdyby odległość między parapetem a gruntem nie była duża wyskoczyłabym.
Serio.
Odwróciłam się w stronę drzwi i szybkim krokiem wyszłam z poczekalni bez słowa. Klony nawet tego nie zauważyły. Szłam przez korytarz do wyjścia. Tak bardzo chciałam się znaleźć na świeżym powietrzu!
I bum!
Nagle znalazłam się na podłodze, a moja gitara nie wiadomo jak znalazła się na także leżącym mężczyźnie obok.
Musiałam na niego wpaść… Ups.
Przede mną niespodziewanie wyrosła czyjaś oferująca pomoc ręka. Chwyciłam ją.
- Nic ci się nie stało? Przepraszam, nie zauważyłem cię. – Powiedział podnosząc mnie z ziemi. Dziwne… Jego głos wydawał mi się skądś znajomy… Spojrzałam na jego twarz i… O matko!
Mark!
To TEN Mark!
To ten Mark z GOT7!
- Dobrze się czujesz? Jesteś blada. Nic ci nie zrobiłem? – raper przerwał moje rozmyślania o moim UB. Hehe… Mark przerywa mi w myśleniu o Marku… Hehe…
- Słucham? A! Eee, tak ok. Chyba. Nie wiem. Okropnie się czuję, brzuch mnie boli, jak zaraz nie wyjdę na dwór to się chyba uduszę. – powiedziałam wszystko jednym tchem. To była prawda. Serio, czułam się jakbym  została zamknięta w ciasnym pomieszczeniu, gdzie kończyło się powietrze. Było mi bardzo duszno.
Mój ideał popatrzył na mnie ze zmartwioną miną, uśmiechnął się i przemówił tym pięknym głosem.
- To chodź na dwór.  Pójdziemy na mały spacer wokół wytwórni.
Zdziwiło mnie to. Jednakże, ten pomysł bardzo mi się spodobał. Wyszliśmy z budynku i usiedliśmy na najbliższej ławce. Oddychałam głęboko i starałam się zrelaksować.
- Denerwujesz się?
- Słucham?
- No… Pytałem, czy się denerwujesz. – Mark popatrzył mi w oczy. – Masz ze sobą gitarę, zanim na ciebie wpadłem zobaczyłem, że wychodzisz z poczekalni. Stres przed castingiem na trainee?
Jego oczy są takie zniewalające…
- Nie, to okres.
Nie miałam zamiaru go okłamywać. Po prostu powiedziałam wprost, że się źle czuję przez okres.
              - Gitarę mam ze sobą, bo mama kazała mi zrobić podkład braciom. Oni chcą się tu dostać. Mnie to nie ciągnie.
Chłopak popatrzył na mnie i uśmiechnął się.
Posłałam mu pytające spojrzenie.
- Jeszcze żadna dziewczyna nie powiedziała mi wprost, że ma okres i przyszła tu z przymusu.
- No widzisz? Jestem inna. Niektórzy nawet mają wątpliwości, czy jestem dziewczyną. – Też się uśmiechnęłam i podałam mu rękę. – Emi jestem.
Raper zaśmiał się krótko i uścisnął moją dłoń. – Mark. Miło mi cię poznać, Emi.
- Mi ciebie też. Jak ma się reszta zespołu?
-Ooo! Nasza fanka? No no, nie spodziewałem się! Pierwsza fanka, która jak ze mną rozmawia zachowuje się normalnie. – szczerze się zaśmiał i obdarzył mnie kolejnym pięknym uśmiechem. – Wiesz co? Lubię cię. Przychodź tu częściej, co?

~~*~~

Minął miesiąc odkąd poznałam Marka osobiście.
Jeśli chodzi o przesłuchanie, to oczywiście klony się nie dostały i dzień po tym przestały się interesować muzyką i wróciły do gier.
Okazało się, że ja i Mark jesteśmy idealną parą. Często przychodziłam do dormu GOT7. Czasem przychodziłam tam z Alice. Zespół szybko ją polubił. Ogólnie świetnie dogadywałyśmy się ze wszystkimi członkami. Nie wiem, czy mi się przypadkiem nie przewidziało, ale wydawało mi się, że Youngjae coś bardziej się zbliżył do Alice… Ech, nie ważne.
Prawie zawsze przynosiłam do nich gitarę i grałam ich piosenki. Traktowali to jak trening i jednocześnie zabawę, bo my śpiewałyśmy razem z nimi.
To znaczy, ja grałam i coś może ponuciłam, Alice śpiewała i nawet rapowała niektóre partie. Wydawało mi się to trochę dziwne, bo moja mała Alice była o wiele bardziej nieśmiała niż ja.
Często też ćwiczyłam z Markiem i Jacksonem sztuki waliki. Było zabawnie. Raz nawet powaliłam Jacksona!
Tak. Potrafiłam się bić.
Zanim przeprowadziłam się z rodziną z Polski do Seulu często biłam się z chłopakami z wioski.
Tego dnia ćwiczyliśmy razem „A” i później „난 니가 좋아”. Uwielbiałam tą piosenkę. Alice też. To ona cały czas śpiewała „nan niga joha, niga joha”. Dobrze jej to wyszło. Gdy skończyliśmy, Youngjae zabrał Alice na dwór. Ja zostałam jeszcze godzinę i wróciłam do domu.
Zanim jednak doszłam na koniec klatki schodowej dobiegł do mnie Mark.
- Emi zaczekaj!
- Tak? – odwróciłam się do niego.
- Chodź ze mną.
Poszłam.

~~*~~

Byliśmy w seulskim parku. Mark wybrał odosobnione miejsce. Ponieważ był to początek sierpnia było ciepło. Raper stanął przede mną, popatrzył mi w oczy i powoli zbliżył swe wargi do moich. Pocałunek był delikatny, niezwykły. I długi.  Gdy skończyliśmy poczułam na mojej szyi coś chłodnego. Spojrzałam na swój dekolt.
Spoczywał na nim srebrny łańcuszek z dwiema zawieszkami.
To były dwie srebrne kaligrafowane litery.
E i M.
- Emi? – ciepły głos Marka rozbrzmiał przyjemnie w mojej głowie. – Kocham cię. Zostaniesz moją dziewczyną?
Popatrzyłam mu w oczy. Czułam, łzę na moim policzku.
Pierwszą od kilku lat.
To była łza szczęścia.
- Tak.

~~*~~

Chodziłam z Markiem już dwa tygodnie. Właśnie wychodziliśmy z dormu.  Całe GOT7 + ja i Alice. Szliśmy do parku pograć w kosza. Właśnie wchodziliśmy między drzewa, gdy ktoś wbiegł na mnie i powalił na ziemię.
Wszystko działo się szybko.
Przed chwilą trzymałam Marka za rękę, a teraz ktoś mnie trzymał i przykładał nóż do gardła.
Zza drzew wybiegli mężczyźni w maskach. Rzucili się na chłopaków i Alice. Ona krzyknęła, oni zaczęli się bronić. Ja też postanowiłam nie siedzieć bezczynnie.
Ten, kto mnie trzymał nie brał mnie na poważnie. Jego uścisk był za słaby, luźny, nóż trochę za daleko od gardła. Szybko wbiłam napastnikowi łokieć między żebra i schyliłam się. Nóż rozciął mi policzek, ale się wyrwałam. Zaczęłam się szarpać, kopać, drapać przeciwnika. Wytrąciłam mu nóż z ręki i powaliłam go.
Glanem w czoło! To zawsze działa!
…
Chyba…
Pobiegłam pomóc chłopakom. Przeciwników było więcej niż nas. Okazało się, że Alice też walczy. Znaczy, szarpała się, drapała i gryzła, bo nie miała dużo siły. Ktoś uderzył ją w rękę.
Usłyszałam trzask łamanej kości.
I zaczęłam tłuc kogo popadnie, byle nie swoich.
Wygrywaliśmy.
Kątem oka zobaczyłam postać wyłaniającą się zza drzewa.
Miał broń.
Pistolet.
Uniesiony.
Celował w Marka.

~~*~~

Nie wiele myśląc rzuciłam się na rapera. Musiałam go ochronić. Nie zdążyłabym rozbroić tamtego gościa. Zabiłby mnie, a potem Marka. Nie pozwolę na to. Z całej siły pchnęłam chłopaka i w tej samej chwili rozległ się huk strzału.

~~*~~

Walka się skończyła. Zespół zadzwonił po policję i pogotowie.

~~*~~

                Leżałam w szybko rosnącej kałuży krwi. Czułam, jak ucieka z mojego ciała. Ale nie czułam bólu w postrzelonym boku. Bardziej bolał mnie widok cierpiącego ukochanego. Jego łzy kapały mi na twarz, gdy pochylał się nade mną. Położył mnie na swoich kolanach, tulił do siebie, w kółko powtarzał, że będzie dobrze.
Wiedziałam, że nie będzie.
Panował chaos. Zewsząd dochodziły krzyki, syreny policyjne, ludzie biegali, ale ignorowałam to. Teraz liczył się tylko on.
- Mark… - wyszeptałam ostatkiem sił. Byłam pewna, że to już koniec.
- Tak? – spytał i zbliżył się do mnie. Jego piękna twarz wyrażała jeszcze większy ból, niż ten, który czułam ja. Nie chciałam, żeby potem za każdym razem, gdy o mnie pomyśli wyglądał właśnie tak.
- Proszę cię… Żyj tak, jakby mnie nigdy nie było…
Potem ogarnęła mnie ciemność.

~~*~~

Seoul News

Raper ze znanego zespołu GOT7, Mark, uratowany przed anty-fanami przez fankę!

~~*~~

A jednak było dobrze. To była poważna rana, ale pogotowie się mną zajęło.
Przeżyłam.
A Mark był razem ze mną.
Mieliśmy przed sobą wiele do przeżycia.  Całe życie.
Razem.

~~*~~