Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamówienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamówienia. Pokaż wszystkie posty

29.02.2016

'Miłość od drugiego potrącenia'- Saero x Chunji część I

 Opowiadanie dla Saero część I! Niestety opowiadanie będzie trochę dłuższe i zrobię ci je w formie rozdziałowej. No cóż... Na tą chwilę opowiadanie ma ponad 1700 słów. Tak czy inaczej mam nadzieję, że moje marne wypociny przypadną Ci do gustu. Zapraszam do czytania! ~Emi oppa


               Jesienny wieczór w Seoulu To właśnie ten wieczór zapadł w pamięci Chunjiego najbardziej. A czemu? Bo był on dla niego bardzo wyjątkowy. A niby nic na to nie wskazywało, ale jednak stało się! To właśnie tego wieczoru, kiedy z kolegami z zespołu szedł do sklepu znajdującego się niedaleko wytwórni Top Media zdarzyła się nieoczekiwana przez nikogo rzecz. Kiedy tak szli usłyszeli nagle jadącą deskorolkę. Chwilę potem Chunji leżał na ziemi a obok niego jakaś postać. Nieznana nikomu osoba wstała, podniosła swój sprzęt i stanęła nad chłopakiem, na którego wjechała. Po dokładniejszych oględzinach chłopak stwierdził, że potrąciła go dziewczyna.
    - Yah! Jeste
ś ślepy, czy co? Nie widzisz, że ktoś jedzie naprzeciwko ciebie?! Czy po prostu lubisz wchodzić ludziom pod koła!? - wrzeszczała.
    Wszyscy stali jak wryci i nikt nie m
ógł wydobyć z ciebie słowa. Nieznajoma popatrzyła na nich pogardliwie, rzuciła tylko szybkie Phy i odjechała.

                
Co tu właściwie zaszło?. Nikt tego nie wiedział, ale Chunji cały czas odtwarzał to wspomnienie. Dziewczyna średniego wzrostu z długimi włosami w kolorze ciemnej czekolady. Te piękne ciemne oczy i łagodne rysy twarzy. Była piękna, ale miała też cięty język. Jej sylwetka Nie mógł się temu przyjrzeć, gdyż była ona ubrana w szeroką bluzę i spodnie dresowe. Ale czemu tak o tym rozmyślał? Czemu?! Czyżby coś do niej poczuł? Chyba nie Przecież nie mógł… Pewnie po prostu jeszcze nie doszedł do siebie po tym zdarzeniu. To był pierwszy raz, kiedy ktoś tak na niego nawrzeszczał, nie mówiąc już o potrąceniu. Nadal czuje ból po uderzeniu kością ogonową w chodnik. Ale Czy to było ważne? Teraz jedyne, co ma ochotę zrobić, to położyć się spać. Poprawił poduszkę i wygodnie ułożył się na łóżku. Oddał się w objęcia Morfeusza.

                Właśnie weszłam do swojego mieszkania i delikatnie odłożyłam swoją deskę na bok. Obchodziłam się z nią bardzo ostrożnie, gdyż była ona moją ulubioną. Bez zbędnych ceregieli ogarnęłam się i skierowałam w stronę sypialni. Pomimo tego, że miałam dopiero 17 lat, mieszkałam już sama. Kiedy moi rodzice dowiedzieli się, że chcę zostać gwiazdą K-popu nie chcieli bym dalej mieszkała w ich domu. Uważali, że w ten sposób tylko niepotrzebnie wydają na mnie pieniądze. Utrzymywałam się z marnej pensji, jaką dostawałam za pracę w sklepie, który znajdował się niedaleko wytwórni. Położyłam się na łóżku i nie myślałam już o niczym. Po prostu zasnęłam.

                 Z rana usłyszałam budzik, który oznajmiał, że pora do szkoły. Wstałam więc i zaczęłam się szykować. Około pół godziny później byłam już w drodze do szkoły. Dzisiaj miałam egzaminy zaliczeniowe. Po prostu zajebiście. Weszłam do sali przydzielonej mojej klasie. Dosłownie parę minut później do klasy wszedł nauczyciel i rozdał nam testy. Dzisiaj mieliśmy pisać takich 5, każdy trwał godzinę. Zaraz po szkole wybrałam się do pracy.

                 Normalnie dzień, jak co dzień. Ubrałam ciuchy pracownicze i zabrałam się do roboty. Na szczęście nie było dzisiaj dużo klientów, wiec miałam chwile spokoju. Po skończonej pracy poszłam do wytworni na ćwiczenia. Dzisiaj miałam zajęcia tańca i śpiewu.

                  Z pokoju treningowego wyszłam o godzinie 20 i poszłam jeszcze popracować. W sklepie siedziałam do 23 i zbierałam się do domu. Na nogi założyłam rolki i wyruszyłam w drogę. Po wyjściu z miejsca pracy czekała na mnie niespodzianka. Zza rogu wychodziła grupka chłopaków, ale że ani ja, ani oni nie zauważyliśmy przeszkody, wpadliśmy na siebie. Okazało się, ze to ci sami chłopcy, na których wpadłam poprzedniego dnia i dzisiaj wjechałam w tego samego chłopaka. Dzisiejszy upadek był boleśniejszy niż wczorajszy i ciężej było mi wstać, mając rolki na nogach.
    - Yah! Znowu ty? Czy codziennie będziesz wchodził mi pod kola?
    Jeden z nich złapał cię za nadgarstek i także zaczął wrzeszczeć:
    - Nie krzycz na hyunga! Powinnaś patrzeć jak jeździsz, a nie ludzi obwiniać!
    - Niel morda w kubeł i puść tę dziewczynę, bo jej nadgarstek wykręcisz!
    Ten, który to wykrzyknął zaraz stanął obok tak zwanego Niela i przywalił mu w głowę. Odwrócił się do mnie i spokojnie zaczął:
    - Przepraszam za niego. Jestem C.A.P i jestem tak jakby liderem zespołu Teen Top. To L.Joe, Niel, Ricky, Changjo, a chłopak, w którego chyba bardzo lubisz wjeżdżać to Chunji. Słyszałaś może o nas kiedyś?
    - Tak, słyszałam. CEO o was gadał.
    Patrzyli na ciebie jak na wariatkę.
    - No co?
    - Ale jak to... CEO? - spytał L.Joe.
    Pokiwałam głową.
    - Jestem trainee w tej samej wytwórni, co wy. A teraz jeżeli nie macie nic przeciwko, pozwólcie mi, że sobie już pójdę.
Nie czekałam na odpowiedź i pojechałam do domu.

               Następnego dnia zajęcia odbywałam na sali gimnastycznej. Trener kazał mi ćwiczyć na wysokości. Weszłam na równoważnię gimnastyczną i zaczęłam wykonywać proste ćwiczenia, gdy wtem na sali rozległ się huk.
    - A więc mówiła prawdę! Jest trainee w naszej wytwórni!
    Właśnie się zorientowałam, że całe Teen Top wleciało na salę, a ja znalazłam się na ziemi... Upadek w dwóch metrów tak trochę boli...
    - Yah! Przestraszyłeś ją! Niel, ty debilu uważaj czasem trochę, bo przez przypadek kogoś zabijesz!
    Gdy spojrzałam w górę zobaczyłam osiem pochylonych twarzy. Tak, OSIEM! Trener zaczął na mnie wrzeszczeć, że nie uważałam i mogłam zrobić sobie i innym krzywdę (chyba miał na myśli siebie, bo tylko on był najbliżej). Szybko zebrali mnie z podłogi i położyli na kanapie. Bolała mnie przede wszystkim klatka piersiowa. A co najciekawsze, to spadłam na piersi... NA PIERSI! Amortyzator z nich lipny i tylko pogarszały ból. Jeden przez drugiego coś gadali. Nawet na chwilę jadaczki im się nie zamykały. No nieźle! Jeszcze bólu głowy się nabawię jak tak gderać będą! Nie wytrzymałam i aż musiałam sobie wrzasnąć.
   - Morda w kubeł, bo w kiblu potopię!
Nie pomogło mi to w żaden sposób na ból, ale chociaż następnej dolegliwości mogłam zapobiec. 
   - Nic ci nie jest? Jesteś cała? Dzwonić po pogotowie? Albo od razu do szpitala cię zawieziemy?
   C.A.P, który według mnie był jednym z najbardziej kumatych chłopaków z zespołu doprowadzał mnie wręcz do szału! Nie mogłam wytrzymać z frustracji, złapałam lidera za koszulkę i przyciągnęłam do siebie. 
   - Jak nie zamkniesz jadaczki, to kto inny będzie musiał jechać do szpitala. 
Kiedy go puściłam wszyscy patrzyli na mnie ze strachem. W końcu cisza. Nagle zorientowałam się, że jednego z nich brakuje. Wtedy właśnie otworzyły się drzwi i wszedł przez nie Chunji.
   - Przyniosłem kompresy chłodzące. Weź.
   Podał mi kilka paczuszek zbawiennego zimna. Chociaż on jeden ma trochę szarych komórek, które jeszcze pracują. Od razu przyłożyłam je w bolące miejsce. Wtedy odezwał się sprawca tego wszystkiego.
   - Co dokładnie cię boli?
   Popatrzyłam na niego jak na ostatniego idiotę.
   - Mógłbyś coś dla mnie zrobić?
   - Oczywiście! Co to takiego?
   - Idź się zabić!
   To mówiąc przywaliłam mu jednym z okładów. Ze zdziwieniem spoglądał to na mnie, to na okład. W końcu spojrzał na członków zespołu.
   - Czy ja coś źle powiedziałem?
   Wszyscy wzruszyli ramionami. Kurwa cofam... Wszyscy są debilami. Na nieszczęście na salę wszedł trener z jakimś facetem.
   - Wezwałem medyka.
   Jeszcze dobrze nie zdążyli podejść a mężczyzna za nim dostał w głowę kompresem.
   - Spierdalaj! - wrzasnęłam do medyka.
   - Uspokój się! - krzyknął trener. - Chyba nie chcesz, żeby CEO się o wszystkim dowiedział?
   Podniosłam się z kanapy. Teen Top patrzyło na mnie ze strachem.
   - Chyba nie chcesz, żeby się dowiedział, kto nie przestrzegał BHP w czasie trwania pracy.
   Popatrzył znacząco na lekarza i rzucił ciche "wychodzimy". Kiedy opuścili salę C.A.P zwrócił się do mnie.
   - Ale to przez Niel'a! Czemu on by miał za to oberwać?
   Jedyne co mogłam zrobić to głośno westchnąć i wytłumaczyć im jak sześciolatkom.
   - Przy ćwiczeniach na wysokości pod ćwiczącym powinien być materac. Im wyżej tym grubszy. Powinien też poinformować osoby trzecie o ćwiczeniach nawet głupią kartką na drzwiach. Jednakże trener ma to w dupie, bo mu się nie chce.
   Miny chłopaków mówiły "Tell me more". Miałam już dość ich towarzystwa.
   - A wy przypadkiem do cholery jasnej nie macie zajęć!?
  Patrzyli jeden przez drugiego i to Chunji zebrał się w sobie żeby powiedzieć dwa zdania, których się bałam.
   - Nie, nie mamy. Także możemy się tobą zająć.
   Za jakie grzechy? Czy to za to, że chciałam zostać gwiazdą? Nie no, po prostu zajebiście! Jeszcze tylko brakuje tu CEO w stroju różowego króliczka i trenera w spódniczce i kabaretkach. A! Jeszcze Andy jak przyjdzie w stroju francuskiej pokojówki to już będzie komplet! Normalnie cyrk na kołach! Jak się wyrwać z wytwórni, żeby mieć chwilę wolnego czasu? Mam! Wstałam z kanapy. Nie było lekko, ponieważ nadal bolała mnie klatka piersiowa, ale czego się nie zrobi dla świętego spokoju.
   - Gdzie się wybierasz? - spytał Changjo.
   - Tam, gdzie wy nie możecie.
   Poszli za mną. Niestety dla nich droga skończyła się przy drzwiach do damskiej toalety a ja mogłam posiedzieć w jednej z kabin mając spokój od Teen Top. Nareszcie! Wolność!    

               W łazience siedziałam przez dłuższy czas i stwierdziłam, że chyba już sobie poszli. Wyszłam z łazienki i... Przywaliłam głową prosto w klatę Chunji'ego... No na serio?! Zespół przez ten cały czas siedział pod łazienką?!
   - Cholera! Znowu wy?!
   - A ty znowu wpadłaś na Chunji'ego - powiedział C.A.P.
   Czemu? Dlaczego nie mogą się odwalić?! I tak jak wrócę na salę to trener da mi ostry wycisk po tym jak go potraktowałam, więc nie potrzeba jeszcze ich, żeby mnie dobić.
   - Słuchajcie. Byłabym wdzięczna jeśli, że tak powiem odwalilibyście się i dali mi spokój.
   Chunji popatrzył po chłopakach i zwrócił się do mnie.
   - Dobrze. Skoro tak bardzo tego chcesz... Chodźcie chłopaki! W końcu to nasz dzień wolny.
   Reszta posłusznie skierowała się do drzwi. Zaczęłam iść w drugą stronę, ale upadłam na podłogę i zakaszlałam krwią. Chunji odwrócił się i ze strachem w oczach podbiegł do mnie.
   - Nic ci nie jest?
   Nie odpowiedziałam mu. Krew zaczęła lecieć mi z nosa.
   - Chłopaki zawołajcie lekarza! Dzwońcie po pogotowie!
   C.A.P pobiegł po doktora, Niel i Changjo do CEO a L.Joe dzwonił po pogotowie. Chunji podniósł mnie i zaniósł na kanapę, która znajdowała się na korytarzu. W jego oczach widać było strach i niepokój. Dlaczego zmęczenie musiało się ukazać akurat teraz? Czemu nie w domu? Nienawidzę, kiedy ktoś się  o mnie martwi.
   - Saero, dlaczego nic nie powiedziałaś?
   Skąd Chunji zna moje imię?
   - Ale co nie powiedziałam? Że jestem skrajnie wykończona wszystkim co się wokół dzieje? Że gdy tylko dłużej poćwiczę albo bardziej się zdenerwuję, to krew leci mi z nosa? Niby komu miałam to powiedzieć? Przecież to i tak by nic nie zmieniło!
   Chunji przywarł do mnie i uwięził w objęciach. Przez szok nie wiedziałam co mam zrobić. Trwałam w bezruchu. Po kilku minutach przybyli Ceo, lekarz i pogotowie. Zrobił się niezły bajzel. Ratownicy zabrali mnie do szpitala a wraz z nami jechał Chunji.



17.01.2016

Inny on - Dongwoo (INFINITE)

Tytuł - Inny on
Paring - Alice x Dongwoo
Zespół - INFINITE
N/A - Yuki! Przepraszam, że dopiero teraz, długo to trwało, że to takie krótkie i dziwne. Mam nadzieję, ze się spodoba, a jak nie, jestem gotowa na śmierć z twojej strony x.x





Szłam przeciskając się między grupami ludzi, a za mną podążał mów przyjaciel Sungyeol. Szlag by te wszystkie uliczne zgromadzenia! Nie jestem taka jak oni wszyscy. No może jest między nami pewne podobieństwo, jednak to tylko pozory. Żyję na tym świecie bardzo długo, a jednak nadal wyglądam na jakieś 16 lat, a w dokumentach mam wpisane, że mam jakieś 20. Jednak, ja pamiętam jeszcze epokę Meiji, ech to były dosyć ciężkie czasy, kiedy Japonia była taka duża. Nie, nie jestem jakimś wampirem czy coś w tym stylu. Po prostu jestem jakąś dziwną postacią, która nie może zginąć. Nawet nie wiecie ile prób samobójstwa było w moim życiu. Niestety po jakimś czasie „odradzam się na nowo”. Zadane mi rany zasklepiają się w mgnieniu oka.
Co do mojego przyjaciela. Jest zmiennokształtny. Od 1901, kiedy on się urodził naprawdę trzymamy się razem. Zawszę musimy zmieniać daty we wszelakich papierach, nie starzejemy się. Teraz obecnym rokiem urodzenia chłopaka jest 1991. Ludzi jest tak łatwo omotać i wprowadzić w błąd, ze nawet się nie orientują, ze to wszystko to zwykłe kłamstwa.
Trafiliśmy na jedna z opuszczonych i ciemnych uliczek. Rozejrzałam się dookoła, głupia pustka i ślepy zaułek. Pewnie zastanawia was, co, a raczej kogo szukam – odpowiedź jest prosta. Mojej „miłości”. 5 lat temu spotkałam 21-latka, który niestety odkrył mój sekret. Byłam głupia, dałam mu się uwieść, a on zdobył skądś informacje o mnie i Yeolu. Od tamtej pory go tropię i zawsze ślad się urywa, wtedy, kiedy jestem już naprawdę blisko! To takie frustrujące. Nazywał się Jang Dongwoo, zwykły Koreańczyk o przepięknym uśmiechu, który skradł me serce. Był moją pierwszą miłością od 161 lat! Nikt inny nie zawrócił mi tak w głowie jak on.
- Był tutaj, to jest pewne. – rzekł Sungyeol, który zamienił się na chwilę w czarnego wilka.
- Znowu! – jęknęłam opierając się o siwą i starą ścianę.
- Czekaj… Kawiarnia „Jimka”. Dwa kilometry na wschód. Szybko się przemieszcza drań.  
- Dasz radę w tej postaci szybko tam pobiec?
- Jasne! Wsiadaj.
Usiadłam na grzbiecie Seonga, który był ukryty pod postacią zwierzęcia. Bardzo mi pomagał z tymi przemianami, ale nie tylko. Służył także za moją broń, ale o tym to później. Chłopak szybko przemykał między ulicami. W chwilę byliśmy już pod tą kawiarnią.
Weszłam do środka, a tam na środku parę ciał. Martwych. Zagryzłam wargi starając się opanować. Nienawidziłam krwi, jednak po tylu latach niby powinnam już do niej przywyknąć. Jednak nie…
- Żyje. – przyjaciel podszedł do niego, by się upewnić.
Jedna osoba, na jakieś dziesięć. Zawsze coś. Zabraliśmy go na zaplecze, starając się doprowadzić go do jakiegoś normalnego stanu, by się chociaż ocknął. Gdy otworzył oczy zmusiliśmy go, by opowiedział nam o tym co zaszło.
- Jakiś brunet wpadł do środka, i zaczął w nas strzelać, a niektórych zadźgał jakimś sztyletem myśliwskim.  Krzyczał coś, ale nawet nie wiem co, trudno było go zrozumieć…
Mężczyzna mówił to na jednym wdechu, nie docierało do niego to wydarzenie. Zamknęłam oczy analizując jego wypowiedź. Kazałam Yeolowi go wytropić. Po paru godzinach zwykłego błądzenia coś wyczuł. Pobiegliśmy tam bardzo szybko. Jednak i tam go nie było. Ten chłopak tylko podniecał moją chęć rozprawienia się z nim. Chciałam się go pozbyć raz na zawsze, to by nic po nim już nie zostało. By nie trafiła się kolejna idiotka, taka jak ja, która się w nim zakocha.
 Dostałam wiadomość od mojego prywatnego informatora – Kim Sunggyu, gdzie obecnie Dongwoo zamieszkuję. Uśmiechnęłam się chytrze. Musiałam wygrać tą walkę. Czas by on stał się moją ofiarą.
Wyruszyłam do jego domu natychmiast. Nawet nie musiałam tam wchodzić, a jego właściciel uraczył mnie tuż przed drzwiami.
- Alice? – wytrzeszczył oczy jakby zobaczył ducha.
- Och, czyli nie muszę się przypominać, jak miło.
- jak ty się tu znalazłaś? – spytał zestresowany.
- Ma się swoje wtyki. Przyszedł na ciebie czas byś zapłacił za to co zrobiłeś mnie i niewinnym ludziom.
Zbliżyłam się do Seongyeola, którego popchnęłam w dół, tak by kucnął po mojej prawej stronie. Dotknęłam jego karku, z którego zaczął wychodzić jego kręgosłup. Tak, to była moja broń. Gdy całość z niego wyszła, on przemienił się w tygrysa, a ja zmieniłam kształt tego co wyjęłam. Nie za wielki, jednak silny miecz utworzył się w mej dłoni. Moją dziwną zdolnością było manipulowanie kośćmi i przeróżnymi kręgami. Byłam pełna energii i mega wkurzona.
- Alice, możemy o tym zapomnieć… - mówił dosyć żałośnie Jang.
- Zapomnieć o czym? Zdradzie? Rozkochaniu mnie w sobie? Tego ilu ludzi zabiłeś? Co mam zapomnieć niby?
- Wszystko… Proszę, daj mi nową szansę, zmienię się…
Dongwoo, gdy zobaczył, ze nie zamierzam ustąpić wyjął zza siebie pistolet i postrzelił mnie w ramię, które po chwili się zasklepiło. Zaśmiałam się głośno patrząc na niego, czyżby już zapomniał? Podeszłam do niego razem z przyjacielem, który go obezwładnił.
- Mam nadzieję, ze już się nie zobaczymy! Spłoń w piekle!
Zdałam mu ostateczny cios. Wbiłam miecz w serce, dla pewności zrobiłam prostą linię od mostka aż po ostatnie żebra. Wypuściłam powietrze. Ciekawe ile osób przez niego ucierpiało? Czemu zabił tych niewinnych ludzi.
*27 lat później*
Ciemna, mroczna ulica. Zero ludzi, kompletna pustka. Nienawidzę tego! Nawet żadnych zwierząt w pobliżu nie było, a ja stałam jak jakiś słup czekając na coś, w sumie sama nie wiedziałam na co.
Po chwili zza rogu wyłonił się brat mojej przyjaciółki – Woohyun. Za nim szedł jakiś chłopak w kapturze. Nie widziałam twarzy, chociaż byłam jej ciekawa. Ciemność i materiał utrudniały widoczność.
- Alice, pamiętasz może… Ech, nie wiem jak to powiedzieć. – szybko odsłonił twarz jego towarzysza.
Czułam, jakby moje serce stanęło, a oczy miały zaraz wypaść. Przecież go zabiłam! Czemu przede mną stał Jag Dongwoo… Nie to nie może być prawda, przecież może to zwykły zbieg okoliczności czy przypadek.
- Witaj, nazywam się Dongwoo. – patrzył się na mnie swoim przenikliwym wzrokiem. Ja zaś nie mogłam się skupić na nim i wędrowałam od niego do Woohyuna.
- Jest jego reinkarnacją, jak widać nawet za bardzo dokładną, ale nie wie nic o poprzednim życiu. Wydaje się być lepszy od tego, o którym mi opowiadałaś. – Nam podszedł do mnie i zaczął szeptać do ucha. – Powiedziałem mu sporo miłych rzeczy o tobie, i spodobałaś się mu. Teraz może twoja miłość się spełni.
Udałam się z nim do jednej z przytulnych restauracji. Podobieństwo była za wielkie, jednak ten jeden raz od pamiętnego czasu cieszyłam się, że widzę go uśmiechniętego. Przeszłość, którą znałam utrudniała mi trochę zapoznawanie go. Mimo wszystko różnił się od niego.
Był taki troskliwy i miły. Zastanawiało mnie, czy uczucie do niego wróciło, czy to było po prostu nowe, do osoby podobnej do niego. Po trzech miesiącach naszej znajomości staliśmy się parą. Wyjawiłam mu sama mój sekret, jednak on się go nie wystraszył, ani nie chciał mnie szantażować nim. To wszystko było takie dziwne, ale jednak znalazłam wreszcie swoją miłość.

Ten jeden raz w życiu mogę zwrócić się do Boga – Dziękuję Ci za zwrócenie go i oczyszczenie. 



~Narica

11.12.2015

Występ - Suga

Tytuł - Występ
Paring - Suga x Hyora
Zespół - Bangtan Boys
N/A- Przepraszam, że dopiero teraz, że to trwało tak długo, no ale wena mnie na to opuściła. W ogóle na początku miałam zupełnie inny koncept, mam nadzieję, ze chociaż Tobie się ten ff spodoba, bo według mnie taki dziwny. jeszcze raz PRZEPRASZAM za zwlokę i za całość.




Dokładnie rok temu, początek grudnia miałam swój solowy debiut. Wiecie jakie miłe jest uczucie gdy stoisz na scenie, a tłumy krzyczą twoje imię? Jeszcze niedawno nie wiedziałam jakie to jest przyjemne.
Nazywam się Hyora, mam 22 lata na koreańskie, przez 4 lata byłam trainee w wytwórni o nazwie Big Hit. Mimo mojego młodego stażu w tej branży jestem szanowana przez niektórych pracowników. Praktycznie lubiłam wszystkich, tak, jestem bardzo pogodną osobą, która zawsze znajdzie w kimś dobro. To jednak się nie dotyczyło jednej osoby, a dokładniej Min Yoongi’ego. Mój rywal już od czasu gimnazjum, zawsze to ja miałam najlepsze wyniki w całej szkole, ale gdy on się pojawił wszystko musiało się zepsuć. Od czasu jego przeniesienia do mojej uczelni on musiał być o punkt, albo o pół punktu lepszy. Do tego brał więcej prac dodatkowych i częściej zostawał po zajęciach.
 W całej wytwórni tylko jego nienawidziłam. On zawsze był tym najlepszym, a ja tylko jego cieniem. Dopiero gdy przestał być trainee nauczyciele mnie zauważyli. Oczywiście nie obyło się bez porównywania mnie z nim.
- Hyora, musimy pogadać. - Usłyszałam głos CEO za sobą.
- Tutaj czy w gabinecie? 
- W gabinecie,  bo jeszcze jedna osoba jest mi potrzebna.
- Dobrze, sunbae-nim.
Zabrałam torebkę z sali, najpierw poprawiając włosy i makijaż. Ciągle myślałam, że to ktoś ważny. Od paru miesięcy staram się o występ w zagranicznym programie. Także wysłałam swoje CV do chińskiej i japońskiej wytwórni, bardzo chciałam stać się popularna na cały świat, a tutaj chyba nie było mi danę tak się wybić. Czyżby to moja szansa?
Wchodząc do gabinetu o mało zawału nie dostałam, dyrektor siedział na swoim miejscu, a przed nim ON. Suga.
- Co on tu robi?!
- Hyora, spokojnie... Potrzebuję waszej dwójki.
- Jeśli on tu będzie to ja wychodzę.
- Hyora!  Zostajecie oboje. I bez dyskusji.
Niechętnie usiadłam na krześle, które specjalnie odstawiłam parę metrów dalej.
- Zostaliście wybrani do jednego programów, w którym będziecie tańczyć wyznaczony taniec. Jest to szansa dla was na wybicie się.
- Co mam tańczyć?  - Spytałam.
- Dla naszej wytwórni... Dla was zostało wyznaczone Trouble maker - now.
- Można zmienić piosenkę czy coś? W tej druga osoba jest za blisko.
- Piosenka została wybrana tak jak wy. Nie zmarnujcie szansy. Jesteście dosyć popularnym paringiem wśród waszych fanów.
Wściekła wyszłam z pomieszczenia, a za mną Suga. Chciałam mu coś powiedzieć, ale nie wiedziałam co, czułam jakby mi mowę odebrało.
- Jutro - powiedział Yoongi. - O 10 w sali tanecznej, nie spóźnij się.
Prychnęłam i odeszłam. Jeszcze tego mi brakowało, musimy być sami na sali, prędzej go tam rozszarpie lub zabije, ewentualnie zrzucę z okna. Kto był w ogóle taki mądry by parować mnie z nim? Tylko ciśnienie mi podskakuje jak go widzę, lub ktoś o nim wspomina, do tego wie jak zepsuć mi humor.
Następnego dnia niechętnie wstałam z łóżka, poszłam się przygotować. W wytwórni o tej porze mało kto był, wszyscy jeszcze sobie smacznie śpią, a ja zaraz będę musiała patrzeć się na tego debila, ech.
- 5 minut przed czasem, aż tak Ci się spieszyło by mnie zobaczyć?
- Nic mnie tu nie trzyma, zawsze mogę wyjść, bo nie chce siedzieć w więzieniu i mieć przerąbane u tysiąca napalonych nastolatek.
- CEO cię 'trzyma' - powiedział i wystawił język w moją stronę.
- Zróbmy to szybko.
- "To", wiesz, że to tak dwuznaczne brzmi. – uniósł swoje brwi do góry.
- Zboczeniec! - Odruchowo cofnęłam się o parę kroków do tyłu.
 - To od czego zaczynamy? - Patrząc się w moje oczy seksownie oblizał swoje wargi.
- Od zwykłej rozgrzewki... Tanecznej!
- A mogę liczyć na coś innego? 
- Nie... Coś knujesz? Nie jesteś taki jak zawsze, a ja nie mam ochoty ciebie zabić za to co zawsze.
- Nic, po prostu chciałbym zacząć od początku. Nawet nie wiem za co żywisz do mnie tą nienawiść.
- Za to, że jesteś pępkiem świata! - Wybuchłam. - Zawsze ty jesteś najlepszy, a mnie nikt nie dostrzega! Nawet gdy zadebiutowałeś porównywano mnie do ciebie! 
- Spokojnie, Hyora... Ja... Nie wiem, przepraszam... Przykro mi.
- Przykro ci?! Już za późno! I tak pewnie za długo na scenie nie pobędę, bo ty oczywiście jesteś lepszy!
Podszedł i przytulił mnie. Żebyście widzieli moją minę. Wściekłość i zdziwienie w jednym. Przez to znowu mi mowę odebrało. Chciałam znowu dać upust emocjom, ale nie potrafiłam ich określić, miałam pustkę w głowie.
- Lepiej? – spytał spokojnie.
- U-um. – Tylko tyle udało mi się z siebie wydusić, a i tak miałam trudności. Wydawało mi się, że nienawiść do niego w pewnym stopniu zmalała… A zastąpiło ją zauroczenie? To niemożliwe… Nie chce.
- To zaczynamy trening. Na spokojnie i przyjaźnie, dobrze?
- Okay.
- Przepraszam za wszystko, może zaczniemy od nowa?
- Dobrze. – odpowiedziałam krótko.
Zaczęliśmy się powoli uczyć, była bardzo zakłopotana. Musiałam starać się zachować spokój, a było na prawdę ciężko się opanować. Może i kroki nie były trudne, ale bliskość partnera, znienawidzonego partnera mocno rozpraszała. Partię solową Hyuny znałam już trochę wcześniej, było chociaż trochę łatwiej.
- To co, na dziś koniec? – spytał po trzygodzinnym treningu.
- Chyba tak. Kiedy masz czas na dalszą lekcję?
- Hm… Teraz mamy treningi związane z comebackiem, i dużo występów, ale powinienem znaleźć wolna chwilę.
- Jestem codziennie w wytwórni, a możesz mnie znaleźć w Sali 107. Ja już będę lecieć, wolne mam!
- Okay, to jak będę znał już swój harmonogram to cię poinformuję. – przerwał na chwilę, by zaraz dodać – Dałabyś mi swój numer?
- Masz jakaś kartkę i długopis?
Suga podał wymienione przedmioty i zapisałam to co chciał. Spakowałam się i przebrałam, po czym opuściłam budynek. Niedawno miałam promocję z nowym albumem, ale nie jestem jakoś sławna. Wygrałam parę razy i na tym to się skończyło. Występu u mnie nie trwały jakoś specjalnie długo tak jak w przypadku Bangtanów.
Wróciłam do domu, gdzie wszystko sobie przemyślałam. Yoongi był bardzo przystojnym chłopakiem, tylko czemu tego wcześniej nie zauważyłam? Ah, przez tą nienawiść. Tak, nadal jestem po prostu nastolatką, która ma zmienne nastroje i swoje humorki. On był pierwszą osobą, która wywołują u mnie takie emocje, te negatywne jak i dopiero początkujące – pozytywne.
Przez tydzień wymienialiśmy się tylko wiadomościami, przez które moja kotka parę razy patrzyła się na mnie dosyć dziwnym wzorkiem i odchodziła byle najdalej. No nie dziwię się. Zachowywałam się czasem nawet jak jakaś fanka, którą oppa zauważył. Piszczałam, krzyczałam, śmiałam się, płakałam… wszystko ze szczęścia.
Gdy nadszedł dzień następnej próby, ja niestety musiałam walnąć aż dwa razy w drzwi. Czemu i jak? Tego to szczerze nie wiem. Raz na pewno, bo zagapiłam się w telefon, nową wiadomość od Sugi dostałam. Ten drugi raz, to myślałam nad moimi zniszczonymi emocjami. Przecież niedawno ja go nienawidziłam. Już wiem co widzą w nim armys, jest za bardzo miły i słodki by go nie lubić. Niestety czasem lubi się podroczyć i nie jest już taki przyjazny.
- Hyora! Za tydzień mamy ten występ! – krzyczał Min od razu, gdy przekroczyłam próg Sali tanecznej.
- Chyba damy radę. Dzisiaj musimy trochę dłużej poćwiczyć.
Chłopak nic już nie odpowiedział, włączył najpierw parę piosenek na rozgrzewkę. Nie przepadam za nią, ale jednak trzeba, by nie nabawić się żadnych kontuzji. Rozciągałam swoje ciało wraz z Sugą. Robiliśmy przy okazji jakieś dziwne miny. Po prostu się wygłupialiśmy. Było naprawdę zabawnie. Potem niestety nadszedł czas nauki, chociaż też zdarzały nam się zabawne momenty. Ćwiczyliśmy tak z pięć godzin, potem wykończeni przytuliliśmy się do podłogi, gdzieś dalej. W kącie była taka przyjemna i chłodna. Gdy ochłonęłam wstałam i poszukałam w tobie butelki z wodą. Podeszłam do Yoongi’ego i wylałam ją na niego. Na początku krzyczał oburzony, jednak po chwili przyzwyczaił się do zimnego strumienia. Oczywiście nie obyło się bez zmiany ról, ja także byłam cała mokra. Podczas tej przerwy także Min podstępnie zaczął mnie łaskotać, akurat wtedy, gdy nie uważałam, kiedy zajęłam się czymś innym.
***
Dzień występu. Denerwowałam się bardziej niż przed debiutem. Suga podszedł do mnie od tyłu i przytulił oplątując swoje ręce wokół mojej talii. Odchyliłam swoją głowę delikatnie do tyłu. Z nerwów moje ręce cały czas się trzęsły.  
- Kolejna parą, która ma nam zaprezentować swoją piosenkę jest długo oczekiwany przez was Sugora. – taką dziwną nazwę miał nasz paring. Co ci fani biorą, ze takie nazwy wymyślają?
Wzięłam parę głębokich oddechów na uspokojenie. Yoongi złapał mnie za rękę i wyciągnął na scenę. Przez chwile było zupełnie ciemno, jednak zraz włączyły się lampy. Z góry i z przodu padało na nas światło, które oświetlało nas. Fani krzyczeli nasze imiona i pewne słowa z piosenek. Podobało im się. To było dla mnie najważniejsze, no i bliskość Mina. Naprawdę zmienił mnie, pokochałam go, jednak bałam się mu o tym powiedzieć. Występ był cudowny. Na końcu stało się coś czego naprawdę się nie spodziewałam. Koreańczyk mnie pocałował, co wywołało jeszcze głośniejsze piski z widowni. W pierwszych chwili w ogóle nie zrozumiałam co się stało i patrzyłam na niego otwartymi oczami, jednak po chwili je zamknęła. Światłą zgasły.
 - Co to miało być? – spytałam gdy zeszliśmy ze sceny i szliśmy się przebrać. Dwudziestotrzyletni chłopak trzymał moją dłoń w szczelnym uścisku ze swoją, to było takie przyjemne.
- Em… Zostaniesz moja dziewczyną?

Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo on szybko wpił się w moje usta i skradł mój kolejny pocałunek. Jego ustały były takie miękkie i przyjemne, wprost stworzone do całowania. To był mój ulubiony występ, zawsze będę go pamiętać. Pewnie moje wnuki, jeśli się ich doczekam będą znać moja historię na pamięć. 



~Narica

6.12.2015

'Ochroniarz spod ciemnej gwiazdy' V

Witam, tutaj Yuki z opowiadaniem dla Denn Taehyung i Namie Yagiri
(Mocno spóźnione) wszystkiego najlepszego, Denn 
Opowiadanie jest dla dwóch osób, ponieważ obie chciały scenariusz z V i nie podały o czym konkretnie ma być. Jest tak też z tego powodu, że nie możemy pisać scenariuszy ciągle z tymi samymi idolami. Litości, po ciągłym pisaniu o jednej i tej samej osobie w kółko można tą osobę znienawidzieć >..<
Poza tym obie osoby zamówiły scenariusz nie pod tym postem co trzeba. 
Wybaczcie, że tak późno, miałam kilka ważnych osobistych problemów, które na szczęście są już rozwiązane. Poza tym byłam na koncercie INFINITE i przez feelsy nie miałam głowy do pisania.
Mam nadzieję, że mi wybaczcie :')
Ogólnie, to nie jestem zadowolona z tego ff :/ Tak jakoś... nie podoba mi się ._.
Anyway, enjoy~ ^^
~Yuki




.
.
.
.

             Światło flesza. Jedno, drugie, trzecie. Za każdym razem przyzywam na twarz ten sam wyuczony uśmiech. Stoję koło ojca i przybierając różne pozy pozdrawiam reporterów i paparazzi, którzy zacięcie próbują nas oślepić dzięki swoim aparatom. Chociaż nienawidzę tych sępów żerujących na cudzym nieszczęściu i czekających na skandale, to w żaden sposób nie daję tego po sobie poznać.
            W końcu tata uznaje, że dość bycia pożywką dla tych śmieci i dyskretnie daje mi znak, żebyśmy już szli. Posłusznie biorę ojca pod rękę i razem kroczymy po czerwonym dywanie w stronę wielkiego, oświetlonego tysiącami reflektorów budynku, obleganego przez ludzi z gazet i fanów, którzy przyszli tu tylko i wyłącznie dla kilku idoli, którzy akurat zostali zaproszeni na tą imprezę.
            Wreszcie znikamy z oczu całej tej irytującej hałastrze i wkraczamy przez przeszklone drzwi do wielkiej sali bankietowej. Dzisiejsza uroczystość to tak naprawdę zwykłe spotkanie biznesowe, tylko na większą skalę. Jeden z konkurencji taty odniósł duży sukces na zachodzie, więc postanowił się pochwalić i poniżyć wszystkich swoich wrogów, którzy, chociaż ich towary były o wiele lepszej jakości, nie osiągnęli tego, co on.
            Tata, gdy się o tym dowiedział, w pierwszej chwili chciał odmówić, ale przemówiłam mu do rozumu. Musi pokazać, że nie da odebrać sobie godności. I to właśnie teraz robi. Z delikatnym, ironicznym uśmiechem na ustach podchodzi do wspomnianego człowieka, który bezczelnie chciał poniżyć firmę ojca.
            - Ach, gratulacje, Dyrektorze Kim. Jestem wielce rad, wiedząc, że podpisałeś kontrakt z tą firmą z Francji. - mówi tata uprzejmie, ale z lekką nutą kpiny w głosie i podaje rękę tej kanalii.
            - Witam, Dyrektorze Yoo. Dziękuję za  miłe słowa. - odpowiada, również kpiąco i potrząsa ręką ojca. - Widzę, że panienka Jaemin przyszła dzisiaj z panem. - zwraca się do mnie i kiwa głową na powitanie. Odpowiadam lekkim ukłonem i wyuczonym uśmiechem, wyzywając go w duchu od najgorszych.
            - Tak, moja córka przybyła ze mną, by mnie wspierać. - tata mierzy wzrokiem grubawego mężczyznę w garniturze i uśmiecha się złośliwie. - Nie mogło jej nie być przy mnie, gdy ogłoszę podpisanie kontraktu mojej firmy z Amerykanami.
            Kim patrzy na tatę z mordem w oczach, ale nic nie mówi. Odwraca się i idzie witać się z innymi. Uśmiecham się pod nosem i przytulam się do ramienia taty. To dzięki mnie miał tego asa w rękawie. Miał oficjalnie ogłosić tą nowinę na konferencji prasowej, ale powiedziałam mu, żeby zrobił to dzisiaj. W ten sposób skutecznie przyćmi sukces tej kanalii własnym, o wiele większym. Nie chciał tu przychodzić nie dlatego, że rozwój konkurencji go przestraszył, tylko dlatego, że on był już o wiele wyżej. Nie chciał kalać swojej osoby tak podrzędnym bankietem.
            Chodzimy razem po całej sali i witamy się z gośćmi. Większości z nich nie znam, ale ciągle się uśmiecham i wymieniam gesty grzecznościowe. Mijam tych wszystkich ludzi, a mój wzrok wyłapuje coś nietypowego.
            Młody chłopak, o nieokreślonym kolorze włosów, w ciemnej bluzie dresowej z zarzuconym na głowę kapturem. Stoi z boku, stara się nie rzucać w oczy. Zaciekawiona tym nietypowym zjawiskiem zaczynam się mu przyglądać. Chłopak bacznie śledzi wzrokiem jakąś osobę, nie wiem, kogo, jest zbyt wiele ludzi wokół mnie. W pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie, odwraca głowę w moją stronę i patrzy prosto na mnie. Nie mogę się poruszyć, nie mogę wydać z siebie najcichszego odgłosu. Jego wzrok mnie paraliżuje. Te oczy są przepełnione zimnem.
            Na chwilę chłopca przysłania mi idąca przede mną para biznesmanów. Gdy przechodzą dalej, chłopaka już nie ma. Rozglądam się wokoło, ale go nie dostrzegam. Jedyne, co po nim pozostało, to uczucie panicznego niepokoju.

~~*~~

            Rozlega się pukanie do drzwi. Mężczyzna siedzący w fotelu za wielkim biurkiem, patrzący przez wielkie okno na rozgwieżdżone niebo, kiwa ręką w stronę asystenta, by wpuścił gościa. Do gabinetu wchodzi młody, elegancko ubrany Koreańczyk. Staje przed gospodarzem i kłania się przed nim nisko.
            - Dyrektorze Kim. - Mówi z powagą i szacunkiem.
            - Nareszcie jesteś. - odpowiada nieprzyjemnie, patrząc na przybyłego ze zdenerwowaniem. - Nieważne. Musisz coś dla mnie załatwić. - mówi, wyciągając się na fotelu i patrzy wyczekująco na podwładnego.
            - Oczywiście. - chłopak ponownie się kłania.
            - Trzeba pozbyć się Yoo. Jest zbyt wielkim zagrożeniem dla moich interesów. - mówi wolno, przerywa na chwilę i znów wierci wzrokiem swojego pracownika. Ten bez żadnych trudności znosi to i wciąż z tym samym poważnym i pełnym szacunku wyrazem twarzy czeka na rozkaz. - Chcę, żeby zginął. Ale najpierw trzeba go złamać. Z żoną nic nie zrobię, bo zdechła już dawno, ale jego córka... Zabij ją. Ma zginąć jak najszybciej. To ma być druzgocący cios, jasne?
            - Oczywiście, zrozumiałem. Już zacznę przygotowania. - odpowiada młodzieniec bez żadnych emocji i kłania się.
            - No i dobrze. A teraz odejdź. - rozkazuje zimno i odprawia podwładnego. Gdy zostaje sam w gabinecie, wyciąga z szuflady drogiego biurka zdjęcie młodej dziewczyny ubranej w drogą suknię trzymającej pod rękę dorosłego mężczyznę w garniturze.
            - To było twoje ostatnie zdjęcie. - mówi, wpatrując się w nie z nienawiścią. - Już niedługo będziesz gryźć piach.

~~*~~

            - Yah, Jaemin~ Nie bądź taka~ - Jisong mruczy mi do ucha. Ze śmiechem odpycham koleżankę i patrzę na nią z rozbawieniem.
            - Chyba śnisz! Nie idę na żadną imprezę. - odpowiadam stanowczo i zaczynam bazgrać coś w zeszycie.
            - Ale impreza bez ciebie to nie nic ciekawego! No proszę~ - błaga dalej, próbując zmusić mnie dzięki aegyo, ale pozostaję nieugięta.
            - Nie ma mowy. Jestem zmęczona po bankiecie. - mówię od niechcenia, ignorując jej zaczepki.
            - Przecież to było tydzień temu! - oburza sie Jisong.
            - No właśnie. - uśmiecham się złośliwie.
            - Yah! Jesteś okropna! - obraża się i odwraca do mnie tyłem. Zdegustowana marszczę nos i prycham zirytowana. Nie lubię, gdy ktoś mi coś narzuca. Nawet, jeśli to moja przyjaciółka.
            Mówiłam prawdę, dalej jestem zmęczona po tamtym wydarzeniu. Chociaż słowo "zmęczona" może nie jest tutaj odpowiednie. Dalej jestem zaniepokojona. Ciągle widzę tego tajemniczego chłopaka, wciąż mam wrażenie, że jego zimne oczy na mnie patrzą. Mam wrażenie, że ktoś ciągle mnie obserwuje.
            Obrażona na dziewczynę zaczynam rysować logo firmy taty produkującej telewizory. Mały pięciolistny kwiatek z kalibrowana literą "Y" na środku. Bardzo lubię ten znaczek, jest po prostu śliczny. No i to ja go wymyśliłam. Miałam wtedy cztery lata, a tata używał po prostu nudnej nazwy "Yoo Company" jako swojego znaku rozpoznawczego. teraz nasz kwiat jest rozpoznawany na całym świecie.
            Moje rozmyślania przerywa wejście na salę wykładowcy. Szumy rozmów natychmiast cichną, wszyscy skupiają swoją uwagę na profesorze. Zaczyna się kolejny wykład o podstawach ekonomii. Słucham uważnie wszystkich informacji, chłonę każde słowo. Musze się w końcu dobrze przygotować, by w przyszłości przejąć firmę taty i dobrze nią zarządzać.
            Po kilku godzinach wszystkie moje zajęcia na uczelni się kończą. Zabieram swoje rzeczy, wkładam je do torebki i dumnym krokiem wychodzę z sali, a potem z budynku. Na parkingu czeka na mnie czarny, luksusowy samochód z przyciemnianymi szybami. Pewna siebie idę w stronę pojazdu. Staję przy nim i po chwili drzwi otwiera mi młody Koreańczyk z poważną i pełną szacunku miną.
            - Nowy szofer... tak? - pytam, a raczej stwierdzam z wyższością, gdy zamyka za mną drzwi i siada za kierownicą.
            - Tak, panienko. - odpowiada chłopak i odpala silnik. Po chwili już jedziemy ulicami Seulu w stronę wielkiego apartamentowca, w którym mieszkam. Po kilkunastu minutach znajdujemy się na miejscu. Z niepokojem zauważam, że zamiast zatrzymać się przed budynkiem, mijamy go i jedziemy dalej. Podrywam się z siedzenia i pochylam w stronę kierowcy.
            - Hej! Co ty robisz? Miałeś mnie zawieść do domu. - rzucam zirytowana. W lusterku zauważam jedynie kpiący uśmiech. Ze strachem wyglądam przez okno. Jedziemy dalej główną ulicą, prowadzącą do granicy miasta.
            - Yah! Zawieź mnie do domu, idioto! - krzyczę zdenerwowana, ale odpowiada mi jedynie ciche, rozbawione prychnięcie. Po godzinie jesteśmy na przedmieściach i ponownie próbuję przemówić szoferowi do rozumu. - Zawracaj! NATYCHMIAST! - wrzeszczę wściekła. - Odwieź mnie do domu! Zobaczysz, jeszcze dziś będziesz szukał nowej pracy!
            Nic to nie daje. Dalej się nie zatrzymujemy, tylko zmierzamy w stronę pustkowi za Seulem. Nagle przypominam sobie o telefonie. Przecież mogę zadzwonić po pomoc! Zaczynam gorączkowo przeszukiwać torebkę, po chwili znajduję mój skarb. Wystukuję szybko numer do taty i wciskam zieloną słuchawkę.
            - Wybrany abonent jest w tej chwili nieosiągalny...
            Wściekła wyłączam rozmowę. Zapomniałam, że tata ma ważne spotkanie, nie pomoże mi teraz. Zaczynam szukać w kontaktach Jisong, ale niestety, nie udaje mi się. Kierowca zauważył, co robię i gwałtownie skręcił, przez co ja krzyknęłam przestraszona, a telefon wypadł mi z ręki.
            Po chwili samochód zatrzymuje się i nastaje przerażająca cisza. Jedyne, co słyszę, to przyspieszone bicie mojego serca i trzask otwieranych drzwi. Staje w nich mój kierowca.
            - Wyjdź. - nakazuje bez żadnych emocji w głosie. Na początku w ogóle się nie ruszam, myślę, jak powinnam się zachować, ale porywacz mnie uprzedza. Wyciąga z kieszeni marynarki pistolet i celuje nim we mnie, po czym znów tym samym tonem powtarza. - Wyjdź.
            Sparaliżowana strachem posłusznie wykonuję polecenie. Staję na obszernej polanie, na której stoi drugi, taki sam, jak ten, którym przyjechałam samochód. Chłopak nie przejął się nim, więc wnioskuję, że to jego wsparcie. Chłopak ruchem głowy wskazuje mi drugi pojazd. Nie odrywając wzroku od wymierzonej we mnie lufy powoli ruszam we wskazanym kierunku. Gdy jestem w połowie drogi między samochodami, naglę słyszę kolejny rozkaz.
            - Stój. Odwróć się. - w głosie porywacza słyszę coś dziwnego. Dyskretnie rzucam na niego okiem. Chłopak patrzy ze zmarszczonymi brwiami na czarne auto, wydaje mi się, że jest zaniepokojony.
            - Hej! - woła w stronę pojazdu. Odpowiada mu cisza. - Jesteście tam?! - krzyczy głośniej i tym razem jestem pewna, że słyszę w jego głosie zdenerwowanie.
            Po chwili drzwi od strony kierowcy otwierają się. Nie widzimy, kto z nich wychodzi, bo jesteśmy od strony pasażera. Słyszymy powolne kroki i coś na wzór worka ciągniętego po ziemi. Zza szyby wyłania się zakapturzona głowa, potem cała sylwetka.
            Zszokowana dostrzegam, że to dokładnie ten sam chłopak, którego widziałam na bankiecie. Co ciekawe, jest ubrany dokładnie tak samo. Potem ze strachem uświadamiam sobie, że w jednej ręce trzyma pistolet, a w drugiej... W drugiej ręce trzyma kołnierz marynarki trupa z raną po kuli na skroni. Nieznajomy podnosi wzrok i znów jestem zmuszona do patrzenia w te zimne oczy. Na jego twarz wpełza nikły uśmiech.
            Wszystko dzieje się błyskawicznie. Słyszę, jak mój porywacz klnie i zaraz potem rozlega się huk strzału. Krzyczę i zaczynam biec, jednak po chwili znów rozlega się strzał, a moją kostkę wypełnia palący ból. Upadam, a nad moją głową przemyka kolejny pocisk, wycelowany nie we mnie, lecz w chłopaka z bankietu. Ten unika go i sam celuje do napastnika i oddaje strzał. Sekundę później słychać krzyk.
            Wijąc się na ziemi i trzymając za krwawiącą stopę, zaciskam ze strachu oczy, bo wciąż słychać nowe wystrzały. Po chwili do moich uszu dochodzi dźwięk zatrzaskiwanych drzwi, warkot silnika i pisk opon. Sparaliżowana strachem kulę się na ziemi, po moich policzkach spływają łzy strachu i bólu. Po chwili słyszę ostatni wystrzał i nastaje cisza. Jednak dalej nie podnoszę się i nie otwieram oczu. Nie podnoszę się głównie dlatego, że ból rozsadza mi kostkę i nawet sekundy bym nie ustała, ale pozostaję nieruchomo ze strachu. Czy oni się... pozabijali...?
            - Żyjesz? - słyszę pytanie. Osoba, która je zadała, ma niski, głęboki i aktualnie oziębły głos. Po kilku sekundach udaje mi się wydusić z siebie ciche "Yhym", ale dalej nie podnoszę wzroku. - W takim razie wstawaj. Nic ci nie grozi, o ile szybko się stąd zwiniemy.
            Nie reaguje na polecenie, więc po chwili ciszy zostaję gwałtownie podniesiona do góry. Krzyczę z bólu, gdy zostaję postawiona na ziemi i całe moje przerażenie przerodziło się w niepohamowaną złość.
            - Ty idioto! - wrzeszczę na całe gardło i patrzę z mordem w oczach na trzymającego mnie za ramiona chłopaka. Zakapturzona głowa z czupryną ciemnych, nieokreślonych włosów, zimne oczy i duże, ponętne usta wykrzywione w zirytowanym grymasie. - Puść mnie! NATYCHMIAST!
            - Uspokój się. - mówi cicho, bez żadnych emocji.
            - NIE! - zaczynam się szarpać, nie zważając na potworny, rwący ból w zranionej nodze. - Zostaw mnie! Puść! - próbuję się wyrwać z jego silnego uścisku, bezskutecznie uderzając go gdzie popadnie. Koreańczyk tylko wzdycha zirytowany i wywraca oczami, po czym nagle puszcza jedno moje ramię i jednym precyzyjnym ruchem wymierza cios w jakiś punkt na moim karku. Po chwili bezwładnie opadam w jego ramiona i ostatnie, co widzę, to jego czarny T-shirt.
            Potem jest tylko ciemność i przyjemna cisza.

~~*~~

            Tępy ból rozlewa się po mojej głowie i kostce. Do moich uszu dochodzi jakiś szum, przez zamknięte powieki kłuje mnie rażące światło. Pod policzkiem czuję szorstki i nieprzyjemny w dotyku materiał poduszki.  moja nogę drażni nieprzyjemny bandaż. Z jękiem przewracam się na drugi bok, zakrywając oczy przedramieniem. Po chwili szum zamienia się w mieszaninę kilku męskich głosów. Nie zmieniając pozycji wytężam słuch. Wreszcie zaczynam rozróżniać słowa.
            - Ale mocniej nie mogłeś jej już uderzyć, co? - mówi jakiś gniewny głos. W odpowiedzi słychać prychnięcie.
            - Stawiała się. - mruczy z irytacją niski, głęboki głos.
            - No i? Jakbyś nie trafił w odpowiedni punkt, mógłbyś ją zabić! - krzyczy znów pierwszy chłopak. Po dokładniejszym wsłuchaniu wiadome było to, że nie jest on wiekowym mężczyzną.
            - Ale jej nie zabiłem. - znów ten niski głos. - Widzisz?
            - Nie chcę się wtrącać... - do rozmowy dołącza nowy rozmówca, ma wyższy i delikatniejszy głos niż pozostała dwójka. - ...ale rzeczywiście, mogłeś być delikatniejszy,  Taehyung.
            - Ale nie byłem. - odpowiada chłopak, którego nazwano Taehyungiem. Po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że już słyszałam ten głos. Z przerażeniem widzę oczyma wyobraźni chłopaka z bankietu i zabójcę jednego z moich porywaczy. Głowa natychmiast przestaje mnie boleć. Robię się sztywna, zastygam w bezruchu i modlę się do nieistniejącego Boga, by to był tylko zły sen.
            Nagle rozlegają się głuche odgłosy kroków. Sądząc po ich liczbie domyślam się, że musiała tutaj wejść grupka ludzi, co najmniej trzech. Obecni w pomieszczeniu rozmówcy tylko mruczą coś na powitanie prawdopodobnie swoich kompanów. Tamci też coś pomrukują i rozlega się szuranie krzeseł lub foteli. Ale nie wszyscy nowoprzybyli usiedli. Po chwili słyszę przybliżające się do mnie kroki.
            - O. Obudziła się. - odzywa się tuż obok mnie nowy głos, również wyższy i delikatniejszy od wcześniej słyszanych, ale nie tak wysoki, jak ten, co nazwał tajemniczego chłopaka po imieniu.
            - Kookie, skąd wiesz? - pyta zdziwiony chłopak z najwyższą barwą głosu.
            - Wcześniej leżała na lewym boku, a teraz leży na prawym. To widać. - mówi obojętnie i ku mojemu przerażeniu zwraca się do mnie, dotykając mojego ramienia. - Nie powinnaś nas podsłuchiwać.
            Gwałtownie podnoszę sie i z krzykiem wymierzam napastnikowi zdrową nogą kopniaka w brzuch. Trafiam, ale nie było to silne uderzenie. Nie przejmuję się tym i odsuwam się od chłopaka najdalej jak tylko pozwala mi ściana i oparcie kanapy za moimi plecami. Trzęsąc się, próbuję ustabilizować przyspieszony oddech i ze strachem patrzę na Koreańczyka, który do mnie podszedł.
            Młody chłopak, na oko dziewiętnasto, może osiemnastolatek, jasna karnacja, czarne włosy, mniej więcej mojego wzrostu. Wygląda na zdziwionego, nie rusza się, tylko świdruje mnie wzrokiem.
            - No... Teraz to na pewno się obudziła. - odzywa sie chłopak o rudych włosach, siedzący na krześle. Wygląda, jakby nie spał całą noc.
            Przez chwilę trwam w bezruchu, a potem cały mój strach zmienia się w wściekłość. Zrywam się gwałtownie z kanapy, na której wcześniej leżałam i gdy tylko łapię wzrokiem chłopaka zwanego Taehyungiem, pomimo potwornego bólu w kostce ruszam biegiem w jego stronę. Bez ostrzeżenia wymierzam mu siarczysty policzek i krzyczę na cały głos:
            - TY DUPKU! - zanim dobiegają do mnie jego zszokowani koledzy, uderzam do po raz drugi. - Jak śmiałeś mnie ogłuszyć?! - wrzeszczę, gdy dwaj chłopcy, jeden z twarzą konia, drugi z bardzo opanowanym wyrazem twarzy i krzywymi palcami, przytrzymują mnie za ramiona. - Wiesz, kim jestem?! JESTEM YOO JAEMIN! Zapłacisz mi za to! - krzyczę dalej i próbuję się wyrwać z mocnego uścisku. W tej chwili mam ochotę rozszarpać tego idiotę o nieokreślonych włosach. Nie dość, że mnie wystraszył, co nie jest łatwe, uderzył mnie, porwał, przez niego postrzelono mnie w kostkę, to jeszcze śmiał mi teraz spojrzeć w oczy i uśmiechnąć się złośliwie. Dobrze, że teraz ma chociaż wielki czerwony placek na pół ryja.
            Po kilku kolejnych obelgach i wyzwiskach, chłopak, którego nazwano ciastkiem, zakrywa mi usta dłonią i chociaż mocno gryzę go w rękę, nie puszcza.
            - Dobra, cofam moje oskarżenia. - mówi po chwili milczenia chłopak, który zaczął kłótnię z Taehyungiem. Blondyn z postawionymi do góry włosami siedzi na fotelu obok tego dupka i patrzy na mnie z nieskrywanym zdziwieniem. - Jeśli zachowywała się wtedy tak, jak teraz, to dziwię się, że na zwykłym ogłuszeniu się skończyło.
            - No widzisz. - Taehyung wzrusza ramionami i patrzy na mnie z chęcią mordu, ale nie z większą, niż moja. - Jak widać, jestem bardzo cierpliwy.
            - Jungkook, puść ją, bo się jeszcze udusi. - niespodziewanie odzywa się niewyspany koleś. Czarnowłosy z ulgą zabiera rękę i zszokowany patrzy na czerwone ślady zębów na jego dłoni. Gdy tylko on zabiera rękę, bez chwili namysłu pluję w twarz Taehyungowi. Chłopak przymyka oczy, bierze głęboki oddech, wyciera twarz, po czym gwałtownie wstaje, łapie mnie za koszulkę i zmusza, bym spojrzała mu w oczy.
            - Posłuchaj mnie, gówniaro. - szepcze śmiertelnie poważnie, jego oczy są teraz tak zimne i bezlitosne, że przechodzi mnie dreszcz, ale nie odwracam wzroku. - Nie radzę się stawiać. Nie mamy złych zamiarów, ale jeśli będziesz się nam uprzykrzać, to będzie boleć.
            - Ach tak? O, jak mi przykro. - mówię z sarkazmem. - Trzeba było mnie nie dotykać. Zobaczysz, jeśli mnie nie wypuścicie, to tak bardzo uprzykrzę wam życie, że będziecie błagać o śmierć
            - Czy jeśli porozmawiasz ze swoim tatą, a on ci wyjaśni sytuację, to jest szansa, że zaniechasz swojego planu zniszczenia nam życia? - pyta, wymownie machając do mnie telefonem. Patrzę na niego zdezorientowana.
            - A co niby ma wspólnego z tym mój tata? Chcecie okupu, czy co?
            Blondyn wzdycha i patrzy w sufit, jakbym powiedziała właśnie coś głupiego.
            - Nie. To on wynajął nas, byśmy byli twoimi ochroniarzami.
            Przez chwilę patrzę na niego jak na idiotę, po czym wybucham.
            - JAJA SE ROBISZ?! Mój tata miałby zatrudnić WAS do pilnowania MNIE?! Żartujesz sobie ze mnie?!
            Chłopak ponownie wzdycha, przymyka oczy i bierze głęboki oddech. Chyba go zdenerwowałam. Ups..
            - Nie. Nie żartuję. - mówi bardzo powoli, starając się opanować drżenie głosu, by nikt się nie zorientował, że ma ochotę mnie udusić. - Jeśli mi nie wierzysz, to możesz do niego zadzwonić, on ci wszystko wytłumaczy.
            Przez chwilę analizuję jego wypowiedź, a gdy dochodzę do wniosku, że w ten może mieć rację, z wściekłością wyrywam się z teraz lekkiego uścisku, po czym zdenerwowana kuśtykam w stronę chłopaka. Ten uśmiecha się i wyciąga do mnie rękę z telefonem, a ja bez słowa wyrywam mu urządzenie i wstukuje numer do taty. Ku mojemu zdziwieniu, na ekranie pojawia się automatycznie kontakt zapisany jako "Szef Yoo". Wciskam zieloną słuchawkę i nerwowo bębniąc palcami o biodro, czekam aż ojciec łaskawie odbierze.
            - Namjoon? Co się dzieje? czemu dzwonisz? - słyszę dobrze znany głos.
            - Tato, czy możesz mi łaskawie wyjaśnić, o co tu kuźwa chodzi? - pytam bez zastanowienia.
            - Och, Jaemin. - tata brzmi na zdziwionego. - Czemu dzwonisz z komórki Namjoona?
            - Ty go znasz?!
            - No tak. - mówi tak, jakby było to coś oczywistego. - Zatrudniłem ich, czy może raczej wynająłem, żeby byli twoimi ochroniarzami.
            - TO CZEMU NIC MI NIE POWIEDZIAŁEŚ?!
            - Bo miałaś o nich nie wiedzieć. Mieli się nie ujawniać, chyba że byłaby taka konieczność. - oświadcza, po czym dodaje poważnie. - Skoro dzwonisz z telefonu Namjoona, to znaczy, że coś się stało.
            Przez chwilę milczę, po czym zaczynam opowiadać, co się stało odkąd wyszłam z uczelni. Gdy wspominam o mojej kostce, do mich oczu napływają łzy, ale zdecydowanym ruchem ręki ścieram je. Swoją opowieść kończę na momencie, w którym spoliczkowałam Taehyunga, naplułam na niego, ugryzłam Jungkooka i zwyzywałam Namjoona. Po ciszy, jaką słyszę w słuchawce, wnioskuję, że tata właśnie kiwa głową, by przyswoić nowe informacje.
            - W sumie... Byłaś nawet delikatna.
            - Nom... Ale do rzeczy! Po co ich zatrudniłeś? Przed czym mają mnie chronić?
            - Właśnie dlatego, że trzynaście godzin temu zostałaś porwana. I wiem, przez kogo. Ty chyba też wiesz.
            - Co...? Nie mam pojęcia, kto chciał mojej śmierci, przecież te nie ma sen... - urywam, bo w mojej głowie zaświtała pewna myśl. Przełykam ślinę i z trudem mówię. - To... dyrektor Kim...?
            - Tak.
            - Ale... jak...?
            - Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, ile żyć pochłonęła firma Kima.
            - A to dupek...
            - Tak, zgadzam się z tobą. - w głosie ojca słychać nutkę rozbawienia. - No. To skoro sprawę mamy wyjaśnioną, to musisz się zapoznać z chłopakami.
            - CO?! - krzyczę z niedowierzaniem. On nie może mi tego zrobić! Ze strachem, a może raczej z niechęcią patrzę  na otaczających mnie mężczyzn.
            - Minnie, nie możesz teraz wrócić do domu. Wszyscy w Seulu wiedzą, gdzie mieszkamy. Ta szuja znowu spróbuje mi cię zabrać. Musisz zostać u swoich ochroniarzy.
            - Ale... Ale... Nie! - zaczynam protestować, ale tata już się rozłącza. Na pożegnanie mówi mi tylko krótkie:
            - Miłego dnia, Jaemin. Mam nadzieję, że się polubicie~


~~*~~

            - Czyli tak... Ty jesteś Seokjin, ty Yoongi, ty Hoseok, ty Namjoon, ty Jimin, ty dupek, a ty to Jungkook, zgadza się?
            Siedzę wyprostowana na krześle z założoną nogą na nogę, ze skrzyżowanymi na biuście rękami i wysoko uniesioną głową. Taehyung, zwany też V, patrzy na mnie z chęcią mordu, a ja czuję nieskrywaną satysfakcję, bo udaje mi się wyprowadzić go z równowagi. Po rozmowie z tatą, cała siódemka mi się przedstawiła i wyjaśniła całą sytuację. Nie powiem, że mi się to podoba, ale mogę stwierdzić, że nie będzie mi z nimi aż tak źle. Chłopcy wydają się być mili, nie zdenerwowali się aż tak bardzo, gdy gryzłam ich i wyzywałam. No może poza V, z którym od początku mi się nie układało i pałamy do siebie obustronną nienawiścią.
            Okazało się, że muszę zostać w tym nieznanym - i swoją drogą bardzo przytulnym! - mieszkaniu, które będę dzielić z tymi chłopakami. Tata wszystko zaplanował i chyba już jakiś czas temu przygotował się na taką ewentualność. Namjoon wyjaśnił, że mam tutaj przygotowany pokój z kilkoma najpotrzebniejszymi rzeczami zakupionymi przez mojego ojca, a także szafę pełną moich ubrań. Domyślam się, że tata po prostu kupił po dwa egzemplarze kilku z moich kreacji i w tajemnicy przekazywał je tutaj.
            - Może chcesz go zobaczyć? - pyta Jin.
            Bez słowa kiwam głową i wyciągam rękę w jego stronę. Kim podchodzi do krawędzi łóżka i schyla się, bym mogła się go przytrzymać. Prowadzona przez najstarszego kuśtykam w stronę mojego nowego tymczasowego pokoju. Gdy stajemy przed białymi drzwiami, chłopak je otwiera i moim oczom ukazuje się mały, przytulny pokoik w różnych odcieniach różu i szarości. Z zadowoleniem kiwam głową, stwierdzając, że pomieszczenie jest przeze mnie zaakceptowane i powoli wchodzę do środka. Po chwili dyskretnie (jak na mnie) wyganiam Seokjina z pokoju i zamykam się w nim, by się przebrać. Chodzenie w brudnych i zakrwawionych ubraniach nie jest najprzyjemniejsze...
            Przebrana w zwykły szary T-shirt i jeansy opadam na łóżko i próbuję przeanalizować sytuację. Dyrektor Kim, konkurencja taty, chce mnie zabić. W tym celu wynajął płatnych zabójców, którzy będą mnie ścigać. Żeby mnie chronić, tata wynajął innych płatnych zabójców, którzy mają mnie bronić. Płatni zabójcy Kima są dojrzałymi mężczyznami, płatni zabójcy taty są chłopcami, niewiele starszymi ode mnie. Mam teraz mieszkać w jednym domu na czas nieokreślony z siódemką młodzieńców, a każdy z nich może mieć na sumieniu czyjąś śmierć. Widziałam, jak jeden z nich trzyma zakrwawionego trupa, jak celuje z pistoletu w innego człowieka i jak ta czynność nie wywarła na nim żadnego uczucia.
            Wzdycham na myśl o Taehyungu. Ten człowiek jest tak bardzo irytujący. Jest tak zimny, nieczuły, bezlitosny i arogancki. Zapatrzony w siebie pyskaty dupek.
            Ponownie wzdycham, wpatrując się w sufit i z trudem powstrzymując łzy cisnące mi się do oczu. To dla mnie za wiele, ale nie będę płakać. Przetrwam to. Wytrzymam.
            - Przeżyję... - szepczę, pozwalając jednej, samotnej łzie spłynąć po policzku, by po chwili wsiąkła w poduszkę, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

~~*~~

            Już drugi tydzień jestem pod opieką moich nowych ochroniarzy. Przez ten czas zdążyłam całkowicie znienawidzić V, pokochać kuchnię Jin'a, zdołować Jimina swoją nieczułością w stosunku do jego mięśni, oblać się kilka razy herbatą przez żarty Hoseoka, wypytać Namjoona o kilka rzeczy na ich temat i podporządkować sobie Jungkooka.  Z Sugą nie zrobiłam nic, bo chłopak albo spał, albo był z przyjaciółmi i zamieniał ze mną tylko kilka słów, albo znowu spał.
            Siedzę naburmuszona na kanapie w salonie i wpatruję się w jakiś nieokreślony punkt na ścianie. Przed chwilą wyładowałam całą swoją złość i zdenerwowanie kolejną kłótnią z Tae na RapMonie. Blondyn uważnie słuchał i chyba rozumiał co miałam na myśli, bo po kilku minutach mojego marudzenia, odzywa się:
            - Taehyung jest... trudnym przypadkiem. Ma bardzo trudny charakter, ale to naprawdę dobry chłopak, o wiele bardziej wrażliwy, niż mogłoby ci się wydawać. On... - przerywa na chwilę i uśmiecha się ciepło pod nosem. - On naprawdę jest wrażliwy. I... chyba to właśnie jego spośród naszej siódemki najłatwiej jest zranić. Zobaczysz, może cię jeszcze zaskoczyć.
            Zdziwiona patrzę na niego jak na idiotę.
            - V? - powtarzam za nim głupio, a Namjoon kiwa głową na potwierdzenie. - Wrażliwy? - znowu kiwnięcie. - Chłopak, który zabija z zimną krwią może być wrażliwy? Ten bezlitosny morderca?! Żartujesz sobie?!
            RapMon natychmiast przestaje się ciepło uśmiechać, a w jego spojrzeniu pojawia się chłód. Patrzy przez chwilę mi w oczy, w pokoju panuje cisza. Po minucie, która wydaje się wiecznością w końcu się odzywa.
            - Trochę się zapominasz, Jaemin. Jesteś tu dwa tygodnie i już twierdzisz, że nas znasz? - mówi powoli, a ja milknę całkowicie, oszołomiona jego słowami słucham go dalej. - Na twoim miejscu nie określał nowopoznanego chłopaka mianem "bezlitosny morderca". Nie wiesz, czemu to robi, co go do tego skłoniło i jak się czuje gdy pociąga za spust, więc czemu z góry zakładasz, że czerpie radość z zabijania? Mówiłem ci, Taehyung jest trudny, ma trudny charakter, trudną przeszłość i trudno mu okazać uczucia. A to, że ich nie potrafi okazać, nie znaczy, że ich nie ma.
            Kim wzdycha, wstaje z fotela i rusza w stronę drzwi wejściowych, za którymi stał J-Hope i czuwał na straży. Gdy Namjoon jest już przy drzwiach, odwraca się na chwilę i mówi cicho na odchodnym.
            - Gdybyś chociaż raz słyszała, jak V płacze po nocach, śniąc o zabitych przez niego osobach, nigdy byś nie powiedziała, nawet nie pomyślałabyś o nim jak o potworze.
            Otwiera drzwi, wychodzi przez nie i zatrzaskuje je z trzaskiem. Zszokowana dalej siedzę na swoim miejscu i wpatruję się w miejsce, gdzie sekundę temu stał RapMon. W głowie wciąż słyszę jego słowa. Tym razem nie próbowałam się kłócić i walczyć o moje zdanie. Tym razem to Namjoon miał rację. Tym razem wiem, że powiedziałam kilka słów za dużo. Tym razem wiem, że to ja zawiniłam.
            Tym razem to ja okazałam się potworem.
           
~~*~~

            Od mojej przedwczorajszej rozmowy z Namjoonem nie wychodziłam z pokoju, aż do teraz. Ciągle próbuję przyswoić sobie to, co chłopak mi powiedział. Czy Tae jest rzeczywiście tak wrażliwy, jak RapMon mówił? Nie bardzo w to wierzę, ale on by nie kłamał. Z tego co chłopcy mówili, on nie potrafi kłamać. A ja kłamstwa wyczuwam na kilometr. Skoro czułam, że Kim mówi prawdę, to nie mógł kłamać.
            Ostrożnie otwieram drzwi i bezszelestnie opuszczam mój pokój. Kostka już mnie tak bardzo nie boli, nie kuleję. Powoli idę w stronę kuchni, gdy jestem już przy wejściu, dochodzą do mnie głosy chłopaków. Kłótnia. Niewiele myśląc przylegam do ściany i zaczynam podsłuchiwać.
            - Co żeś jej powiedział?! - krzyczy zdenerwowany V.
            - Prawdę. - odpowiada chłodno Rap Monster. Chociaż dzieli mnie od nich ściana, to wyczuwam napiętą atmosferę.
            - Jaką prawdę?! Niby co musiałeś jej wyjawić?
            - To, że ty też masz uczucia. - mówi spokojnie Namjoon.
            - Ale ja nie chcę, żeby wiedziała o moich uczuciach! - w jego głosie oprócz zdenerwowania słyszę też... zakłopotanie?
            - A więc lubisz ją. - oznajmia spokojnie starszy, o wiele cieplej, niż wcześniej. Z niedowierzaniem otwieram szerzej oczy i mocniej napieram plecami o ścianę. To się wydaje nierealne, niemożliwe. O co chodzi...? On mnie...? Ale jak...?
            - N-nie! Skąd ty-? - plącze się V, zaczyna protestować, ale chłopaki go uprzedzają.
            - To widać. - śmieje się Jimin.
            - Hehe, zrobiłeś się czerwony! - rzuca J-Hope, prawdopodobnie szczerząc się od ucha do ucha. Powoli dotykam swojego policzka, okazuje się, że jest ciepły. Czy ja też właśnie się zarumieniłam...?
            - Myślisz, że nie zauważyliśmy, jak w nocy chodzisz do jej pokoju? - zaczepia Aliena najmłodszy, również w jego głosie słychać rozbawienie.
            - T-to tylko po to, żeby sprawdzić czy jeszcze żyje...? - jąka się cicho Tae, nie brzmi na pewnego swoich słów.
            - Mhm... ta, jasne. - mówi cicho i z ociąganiem rozbawiony Yoongi.
            - Yah! - oburza się Taehyung, a w kuchni rozlegają się śmiechy. Wśród tej zbieraniny głosów słyszę wszystkich, oprócz najstarszego. Może go tam nie ma? Bo raczej gdyby był, to nie oszczędziłby wyśmiewanego kolegi... Po kilku chwilach cała zgraja zostaje uciszona przez lidera.
            - Dobra, koniec tego. - mówi rozbawiony, ale po chwili dodaje poważniej, aczkolwiek bez wcześniejszej złości i chłodu. - Wracając do sprawy, powiedziałem jej, że nie jesteś krwiożerczym potworem, a ty się wściekłeś. Czemu?
            Powstało przepełnione niezręcznością i oczekiwaniem milczenie. W końcu Tae decyduje się mówić, ale przychodzi mu to z trudem.
            - Bo nie chciałem, żeby wiedziała...
            - Czemu?
            - Bo niebezpiecznie jest się zauroczyć w twoim obiekcie pracy. - odpowiada cicho V, a ja zastygam w bezruchu, zszokowana jego słowami. - My... My mamy ją chronić, utrzymać przy życiu. Mają nas łączyć relacje czysto zawodowe. - kontynuuje Kim, mówiąc coraz ciszej i coraz bardziej się zacinając. - A ja... Polubiłem ją. Ona nic o mnie nie wie, ale ja o niej wiem wiele. Od miesięcy ją obserwowałem. Nie chcę... nie chcę jej zranić przez zbliżenie się do niej... - urywa, po czym dodaje głosem, jakby miał się zaraz rozpłakać. - I... nie chcę... zranić... siebie... Bo... Przecież może się nam nie udać. Możemy nie zdołać jej... ochronić. Albo to my... możemy... zginąć. Ten związek... On... On tylko by nas mógł zranić... - urywa, bierze głęboki oddech i po kilku sekundach milczenia oznajmia zdecydowanym, ale smutnym głosem. - Dlatego ma mnie nienawidzić. Żeby nie było możliwości na związek.
            W kuchni rozlegają się po chwili pomruki, ale nie słucham już ich. W głowie rozbrzmiewają mi ostatnie słowa Taehyunga. On mnie... lubi. I... i jest wrażliwy. Powoli kładę rękę na sercu - bije jak oszalałe. Dlaczego? Przecież już tyle razy słyszałam w szkole wyznania typu "kocham cię", "bądź moją dziewczyną",  ale zawsze to olewałam. Czemu teraz się tak czuję?
            Nagle słyszę koło siebie kroki. Natychmiast unoszę głowę i widzę przed sobą Jin'a. Chłopak stoi z torbą pełną zakupów w ręce i przygląda mi się uważnie, z ciekawością. Otwieram usta, ale nie może się z nich wydać żaden dźwięk, więc posyłam mu niemą prośbę i wbijam w niego błagalne spojrzenie. Seokjin uśmiecha się delikatnie, puszcza do mnie oko i mija mnie, wchodząc do kuchni jakby nigdy nic. Biorę głęboki oddech i powoli, bezszelestnie uciekam do mojego pokoju. Odchodząc słyszę jeszcze melodyjny i beztroski głos Jin'a.
            - Wróciłem! Coś mnie ominęło?

~~*~~

            - To zły pomysł. To był bardzo zły pomysł. Nie powinniśmy się w ogóle stamtąd ruszać. Po co my ciebie posłuchaliśmy? Na bank coś złego się stanie, zobaczysz. - trajkocze mi V koło mojego ucha, a ja z uśmiechem na ustach idę przed siebie wdychając czyste - a na pewno czystsze niż te w centrum Seulu - powietrze.
            Pierwszy raz od miesiąca wyszłam z mieszkania. Pierwszy raz odkąd zostałam porwana i uratowana przez chłopców wyszłam z ich domu. Tak bardzo za tym tęskniłam!
            Po tamtym dniu, gdy podsłuchałam rozmowę chłopaków, mój stosunek do Tae uległ zmianie. Przestałam się z nim kłócić i go wyzywać. On też przestał, ale był zdziwiony, gdy top ja do niego przyszłam i przeprosiłam za swoje zachowanie. Co najlepsze, ja sama byłam tym zaskoczona.
            Ja nie przepraszam ludzi - to ludzie błagają o moje wybaczenie.
            W każdym razie, od tego czasu rozmawialiśmy w miarę normalnie. I muszę przyznać, że rzeczywiście, chłopak wcale nie jest taki zły, za jakiego go wzięłam. Problem polegał na tym, że V jak już przestał mnie do siebie zniechęcać, to zaczął usuwać się w cień, przestał uczestniczyć w rozmowach, których byłam uczestniczką, na moje pytania odpowiadał krótko i nie chciał ciągnąć tematu. Ale przynajmniej wiem, że to wcale nie dlatego, że mnie nie lubi.
            Od pół godziny chodzimy po targowisku. Ja cieszę oczy różnymi tanimi drobiazgami, z którymi nie miałam wcześniej styczności, a Taehyung marudzi pod nosem, ale bacznie obserwuje otoczenie. Ale i tak udaje nam się rozmawiać. Ku mojemu zdziwieniu, jest bardzo przyjemnie. Po jakimś czasie zaczyna mi burczeć w brzuchu. Odwracam się do V i robię do niego maślane oczka.
            - Taehyung...
            - Co?
            - Głodna jestem...
            Chłopak ciężko wzdycha i rozgląda się. Gdy dostrzega stoisko z odeng uśmiecha się lekko pod nosem. Z zaciekawieniem obserwuję go, a gdy moim oczom ukazuje się ten delikatny, ledwie widoczny uśmiech, nagle robi mi się ciepło w środku. Na jego twarz padają promienie słońca, czyniąc go niesamowicie pięknym. Coś we mnie drgnęło. Juz wcześniej zauważyłam, że jest przystojny, ale czemu teraz tak reaguję?
            - Poczekaj tu. Kupię ci ciasto rybne. - zwraca się do mnie, wpatrując się we mnie z tym samym uśmiechem.
            - Odeng? - bezmyślnie powtarzam za nim i uśmiecham się z ekscytacją. - Mniam!
            V parska krótkim śmiechem i zmierzwia mi włosy, po czym idzie w stronę budki z jedzeniem. Przez chwilę patrzę oszołomiona na jego plecy, po czym spuszczam wzrok i uśmiecham się ciepło. To był chyba pierwszy raz, gdy V uśmiechnął się do mnie szczerze i czerpał radość z towarzyszenia mi, a także pierwszy raz sam się do mnie zbliżył. Poprawiam ręką włosy i zaczynam kręcić się w kółko bez żadnego celu, czekając na jedzenie.
            W pewnym momencie mój wzrok przykuwa jakaś postać stojąca na rogu jednej z bocznych uliczek. Staję na chwilę w miejscu by się jej przyjrzeć i po chwili zamieram w bezruchu, czując w głębi siebie paniczne uczucie strachu. Mężczyzna ukrywający się w cieniu uliczki wpatruje się we mnie, bacznie mnie obserwuję. Jego zimne oczy przewiercają mnie na wylot, paraliżują. Wszędzie rozpoznam to spojrzenie. To on.
            Człowiek, który mnie porwał.
            On żyje?! Myślałam, że V go zabił... Ale... Nie, nie mógł go zabić. Teraz pamiętam, że po tej strzelaninie słyszałam samochód... A więc uciekł, przeżył.
            Skośnooki uśmiecha się złośliwie, kiwa głową i po prostu odwraca się, idąc w głąb uliczki. Dalej stoję w bezruchu na środku, ale w chwili, gdy mój porywacz znika mi z oczu, ktoś mocno łapie mnie za rękę i brutalnie ciągnie w ślad za tajemniczym mężczyzną.

~~*~~

            V z ciastem rybnym w ustach odwraca się, by dać Jaemin jej porcję, ale nie zauważa jej wśród tłumu. Uśmiech z jego twarzy znika, momentalnie się irytuje. Gorączkowo penetruje otoczenie, w ostatniej chwili wyłapując kątem oka kurtkę dziewczyny znikającą za zakrętem. Zrywa się do biegu, by ją dogonić. Błyskawicznie mija zaułek i biegnie przed siebie. W końcu wpada na niewielką przestrzeń ukrytą między śmietnikami, a gdy do jego uszu dochodzi jakiś głos, przylega do ściany i zastyga w bezruchu. Powoli wyciąga zza paska spodni pistolet, ostrożnie odbezpiecza i zaczyna podsłuchiwać, by wyłapać odpowiedni moment na wkroczenie.
            - Witam ponownie. - do jego uszu dochodzi męski głos. Głos, który już wcześniej słyszał. Tae od razu poczuł w sobie niepohamowaną nienawiść. Właściciel głosu poprzednim razem mu uciekł. Właściciel tego głosu również sprawił, że Jaemin cierpiała.
            - Ty... - tym razem V słyszy głos, którego właścicielka jest mu o wiele bardziej droga. Zaciska zęby, przymyka oczy i czeka. Po chwili pośród krzyków i obelg Jaemin słychać odgłosy szarpaniny. - Zabieraj łapy! Zaraz zginiesz, łajdaku!
            Taehyung uśmiecha się na ułamek sekundy, przypominając sobie dziewczynę, gdy to właśnie z nim się tak siłowała. Jest pewny, że dla niego była delikatniejsza, niż dla nich.
            Słychać śmiech, długi i pełen pogardy, po nim rozlega się dźwięk odbezpieczanej broni. Potem chwila milczenia i krótkie, ciche i złowróżbne "żegnaj".
            Taehyung błyskawicznie wyskakuje zza ściany i od razu strzela w plecy osiłka trzymającego dziewczynę. Zaraz po tym oddaje drugi strzał, prosto w głowę uzbrojonego mężczyzny. Chwilę później obydwaj leżą martwi na ziemi, temu pierwszemu V dla pewności strzela w potylicę. I tyle. Koniec walki.

~~*~~

            Oszołomiona wpatruję się w zastygłe w bezruchu ciała niedoszłych zabójców. Prawie mnie zabili. Jeden z nich patrzył mi w oczy jednocześnie celując z broni. Jego puste, zimne spojrzenie... Ten bezlitosny wzrok, kpiący uśmiech... Przeraziło mnie to bardziej, niż ich przestrzelone głowy.
            Prawie zginęłam.
            Znowu.
            Zaczynam coraz szybciej chwytać powietrze, coraz mocniej się trzęsę. Naglę czuję gwałtowne pociągnięcie za nadgarstek. Zostaję błyskawicznie obrócona i przede mną wyrasta wściekła twarz V.
            - Ty głupia dziewczyno! - krzyczy, potrząsając mnie za ramiona. - Chcesz zginąć?!
            Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Powoli unoszę drżące ręce i łapię nimi koszulkę Taehyunga, mocno zaciskając pięści. Z moich oczu zaczynają płynąć duże łzy, a ja powoli kręcę przecząco głową i zaczynam histerycznie płakać. Chłopak wzdycha ciężko i otacza mnie ramionami, delikatnie głaszcząc moje plecy. Wtulam się w niego i całkowicie się rozklejam.
            - To przestań ode mnie uciekać. Chcę cię chronić. - szepcze cicho, patrząc w przestrzeń za mną. W jego głosie wyłapuję starannie ukrywaną troskę i... chyba strach. Ledwo dostrzegalnie kiwam głową i mocniej wtulam się w jego tors.
            - A-ale... to n-nie... ja...  J-ja wcale nie... - mówię przez płacz i nagle czuję jego dłoń na głowie.
            - Wiem. - szepcze uspakajająco, głaszcząc mnie. - Wiem, Jaemin. Przepraszam.

~~*~~

            - Trzeba coś z tym zrobić. - oznajmia poważnie Taehyung. - Trzeba wyeliminować zagrożenie. Trzeba go zabić.
            Gdy wróciliśmy do domu, Tae zarządził naradę. Stwierdził, że nie mogą dłużej czekać i chować się. Twierdzi, że prędzej czy później i tak ich znajdą, więc muszą uderzyć pierwsi.
            Roztrzęsiona po dzisiejszych wydarzeniach siedzę skulona na kanapie i tulę się do chłopaka o nieokreślonych włosach. Ledwo słyszę całą tą rozmowę, myślami ciągle jestem przy radosnym, uśmiechniętym, troszczącym się o mnie V.
            - Wiesz, że to będzie morderstwo z premedytacją? - odzywa się poważnie Namjoon. - V, my tak nie postępujemy. My nie planujemy zabójstw, pozbawiamy życia tylko w ostateczności.
            - Ale to jest ostateczność! - irytuje się Alien.
            - Jaka ostateczność?! Ty po prostu chcesz wejść do czyjegoś domu i strzelić mu kulkę w łeb!
            - Czy ty nie rozumiesz?! Jeśli my go nie zabijemy, to on zabije nas! - krzyczy Tae, ale w jego głosie oprócz zdenerwowania jest też bezradność i desperacja. - Nie ważne jak długo to zajmie, on będzie wysyłać kolejnych podwładnych by ją zabili, a my w końcu popełnimy jakiś błąd!
            W pokoju zapada nieprzyjemna, pełna napięcia cisza. Każdy patrzy na każdego, wszyscy pogrążają się w swoich przemyśleniach, wszyscy są poważni i raczej niezadowoleni. Po jakieś minucie milczenie przełamuje RapMon.
            - Ale mimo to... To nie jest dobre...
            - A czy cokolwiek w naszej robocie jest dobre? - głos V zaczyna się łamać. - Zabicie osoby, która do nas przyszła by się nas pozbyć nie różni się niczym od zabicia osoby, która dopiero do nas przyjdzie. Tu czy tam, co za różnica, skoro i tak ktoś zginie?
            - Dobra. Możesz iść. - poddaje się w końcu Namjoon, wiedząc, że nie przekona młodszego. Ten dziękuje mu kiwnięciem głowy. Jednak lider jeszcze nie skończył. - Ale idziesz tam sam. Uznamy to za twoją własną misję. Nie chcę mieszać do tego innych.
            V znowu kiwa głową. Niespodziewanie do rozmowy dołączam się ja.
            - Nie.
            Chłopcy zdziwieni patrzą na mnie.
            - Co "nie"? - pyta Monster.
            - Taehyung nie pójdzie sam. - oświadczam głosem wyzbytym z emocji. - Idę z nim.
            - Nie ma takiej-! - V już zaczyna protestować, ale przerywam mu.
            - Jeśli mnie tu zostawisz, to ucieknę. Chcę to widzieć. Chcę widzieć jego śmierć. Tylko wtedy poczuję się bezpieczna.
            W pokoju znów zapadło milczenie. Widzę, że chłopak walczy ze sobą. Wiem, że najchętniej zamknąłby mnie w pokoju, ale zaczynał się przełamywać. Gdy wzdycha z rezygnacją wiem, że się poddał.
            - Dobra. Możesz iść.
            - A więc postanowione. - Namjoon kiwa głową, po czym dodaje. - Jutro ty i Jaemin idziecie odwiedzić Kima.
            Po tych słowach narada się kończy. Jako że jest wieczór, wszyscy kierują się do swoich pokoi. Każdy po kolei się żegna i wychodzi z salonu. Po chwili zostajemy w nim tylko ja i Taehyung. Pierwszy odzywa się chłopak.
            - Wyśpij się. Jutro będzie ciężki dzień. - szepcze, wstając z kanapy.
            - Tak.. Ty też. - odpowiadam cicho, również się podnosząc. Chłopak przez chwilę stoi przede mną, po czym bierze do ręki kosmyk moich włosów i bawi się nim.
            - Dobranoc. - szepcze w końcu, zostawiając moje włosy w spokoju i rusza w stronę wyjścia.
            - Dobranoc... - szepczę, a chwilę później wbrew sobie krzyczę. - Taehyung, czekaj!
            Tae odwraca się i spogląda na mnie zdziwiony. Grzywka opada mu na oczy, czyniąc jego twarz uroczą i niewinną.
            - Tak?
            Rzucam się mu na szyję i delikatnie całuję. V przez chwilę jest oszołomiony, ale przymyka oczy i tuląc mnie odwzajemnia całus. Przez jakiś czas trwamy tak złączeni, w tym subtelnym, delikatnym, pięknym i zarazem smutnym geście. Pierwsza się odrywam od niego. Spoglądam mu w oczy, po moim policzku spływa łza.
            - To na szczęście. - szepczę, po czym wyplątuję się z jego uścisku i uciekam do pokoju, zostawiając oszołomionego chłopaka samego.

~~*~~

            Wszystko poszło łatwo. Może nawet zbyt łatwo. Bez żadnego problemu dostaliśmy się do siedziby Kima, nie mieliśmy najmniejszych problemów ze strażnikami, do gabinetu dyrektora też szybko doszliśmy. Z samym dyrektorem było jeszcze mniej kłopotów. V po prostu z wejścia zaczął go okładać pięściami, zalewając podłogę jego krwią i demolując przy okazji pomieszczenie. Ja stałam z boku i się temu przyglądałam bez rzadnych emocji. Gdy mężczyzna został powalony, po prostu podeszłam do Tae i go przytuliłam.
            Kim ze złością, ale i też strachem wpatruje się w Taehyunga. Jego broń wycelowana jest w środek czoła biznesmena, drugą ręką obejmuje mnie, a ja wtulona w jego tors z nienawiścią, ale też przerażeniem wpatruję się w zmasakrowanego mężczyznę leżącego na podłodze. Koreańczyk pluje krwią w twarz Aliena, po czym wybucha krótkim, urywanym śmiechem, by po chwili przemówić.
            - I co? Czemu nie strzelasz? - pyta złośliwie i z pogardą, wyraźnie rozbawiony zaistniałą sytuacją. Po jakiejś minucie ciężkiego milczenia V z łaską mu odpowiada.
            - Zastanawiam się, czy zasługujesz na śmierć. - mówi cicho, a jego zimny głos znów przyprawia mnie o dreszcze. Brzmi tak samo, jak gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy.
            - Ach tak? - dziwi się Kim i znów zaczyna się śmiać. - Twierdzisz, że nie jestem aż tak zły?
            - Nie. Jesteś jeszcze gorszy. - mówi powoli Tae, mocniej zaciskając rękę na moim ramieniu. - Zasługujesz na o wiele gorszą karę. Śmierć byłaby dla ciebie zbawieniem, śmieciu. Dyrektor znów zaczyna się śmiać, ale po chwili zaczyna kaszleć krwią. Gdy jego atak mija, spogląda na mnie i uśmiecha się, odsłaniając ubrudzone krwią zęby. Przez ten widok robi mi się niedobrze.
            - Jesteś... tchórzem... - mówi z trudem, wciąż się uśmiechając. - Słabym... beznadziejnym... tchórzem, który... nie zdoła... jej... obronić... Ona... - wskazuje drżącą ręką na mnie. - Ona i tak... zginie...
            Nagle rozlega się huk. Czuję dziwne szarpnięcie, a po chwili dostrzegam pełne nienawiści oczy Taehyunga, czuję jego drżącą rękę na ramieniu, słyszę jak dyszy. Potem patrzę na Kima i od razu odwracam wzrok, mocniej wtulając się w chłopaka. Kim Doomin, dyrektor dużej firmy ze sprzętem elektronicznym, a także mój prześladowca leży właśnie na podłodze swojego rozwalonego gabinetu z wielką dziurą na środku czoła, z twarzą wykrzywioną w przerażającym, krwawym uśmiechu.
            - Zamknij się.. - szepcze V, przytulając mnie i gładząc po głowie. - Zamknij się, Kim... Po prostu się zamknij...

~~*~~

            Znowu oślepia mnie światło flesza. Znów uśmiecham się do reporterów, macham do nich, w myślach ich wyzywając. Znów przechadzam się z tatą po czerwonym dywanie trzymając go za rękę. Znów mam na sobie drogą suknię wieczorową i wysokie obcasy. Znów witam ludzi, których nie znam, udaję, że mnie obchodzą. Znowu też czuję na sobie czyjś wzrok. Znów odwracam się i znów widzę chłopaka w czarnym kapturze z włosami nieokreślonego koloru. Znowu nasze spojrzenia się krzyżują.
            Ale tym razem, zamiast czuć niepokój, czuję radość. Tym razem jego oczy nie są zimne, bezlitosne, ale pełne ciepła i opiekuńczości. Tym razem uśmiecham się do niego, a on z radością odwzajemnia uśmiech. Tym razem do końca wieczoru uśmiecham się szczerze i naprawdę się cieszę. Bo on tu jest. Mój ochroniarz spod ciemnej gwiazdy.
            Mam najlepszego ochroniarza na świecie. Jest oddany, wierny, dzielny i opiekuńczy. Zawsze mnie wspiera i pociesza. Uratował mnie wiele razy, dzięki niemu jeszcze żyję. I co najważniejsze, mój chłopak nie jest i nigdy nie będzie o niego zazdrosny.
            Bo czy Taehyung może być zazdrosny o V?

~~*~~